Lut 092017
 
Zgodnie z zapowiedziami z mojego wtorkowego wpisu, w środę zmarzłem i to porządnie. Powodem była wycieczka na łódzkie lotnisko i koczowanie na nim dobrych kilka godzin. Ale było warto. Przyleciał do nas Antonow An-124 „Rusłan”, drugi co do wielkości samolot transportowy świata.

Cała historia zaczęła się pewnego letniego dnia w czasie poprzednich wakacji. Stałem przy kuchennym oknie, robiłem coś do zjedzenia i nagle na niebie, prosto przed moimi oczami pojawił się wielki samolot. Miał malowanie charakterystyczne dla Antonov Airlines, leciał całkiem nisko i nie przypominał niczego, co do tej pory widziałem. To był jeden z takich momentów całkowitego zamrożenia, znany dobrze każdemu, czyhającemu na okazję fotografikowi. Czas zamarł, a w mojej głowie ruszył potok myśli. Czy zdążę pobiec do pokoju, wziąć aparat, włączyć go, wrócić, złapać ostrość i zrobić zdjęcie? Rozsądek mówił – nie, nie zdążę. Ale irracjonalna część mojego jestestwa wołała – e tam, nieprawda, uda się! Zwyciężył rozsądek. Wolałem zostać i przyjrzeć się spokojnie temu co leci, nie ryzykując niepewnego zdjęcia. Samolot oddalił się majestatycznie, a ja włączyłem radar i sprawdziłem co to było i dlaczego leciało tak nisko. Okazało się, że był to Antonow An-124 „Rusłan”, a leciał nisko ponieważ właśnie wystartował z wojskowej bazy w pobliskim Łasku. Plułem sobie w brodę przez dłuższy czas – taka gratka, a ja nie wiedziałem i zmarnowałem okazję na zdjęcie do kolekcji. W przyrodzie nic jednak nie ginie, a na pewno nie wielkie samoloty transportowe. W sobotę zelektryzowała nas wiadomość (i tu należą się podziękowania Benjaminowi za cynk), że Rusłan przyleci w środę do Łodzi. Wiadomość ocierała się o czyste science fiction – na łódzkie lotnisko sporadycznie przylatuje cokolwiek ciekawego, a już na pewno nie takie samoloty. A jednak. Na środę zapowiadano potężne mrozy, ubrałem się więc jak na biegun (co było dobrą decyzją) i wraz z tłumem podobnych zapaleńców zaczaiłem się przy siatce na wprost pasa. Tu mała dygresja – pół dzieciństwa spędziłem na łódzkim lotnisku przychodząc tu po szkole z kolegami. Teren nie był wtedy ogrodzony, lotnisko pełniło funkcje głównie aeroklubowe, a my dosłownie wpadaliśmy pod koła startujących dwupłatowców ze spadochroniarzami i szybowców. Niestety, czasy się zmieniły i teraz wszędzie są siatki, zasieki i zwoje drutu kolczastego. Jest to zrozumiałe, ale stanowi pewną przeszkodę przy robieniu zdjęć. Przyklejeni do siatki staliśmy w tłumie wypatrując oczy – leci już czy nie? Niebo było szare i każda rozmyta plama na horyzoncie przypominała samolot. W końcu pojawił się i on!

Jak na takiego kolosa, An-124 wylądował z zadziwiającą lekkością i wdziękiem. Pewne przyziemienie i już po chwili defilował przed nami, kołując w stronę płyty postojowej i terminala. W tym momencie można było dokładnie zobaczyć (i usłyszeć) jego potężne silniki. Ponieważ wokół leżało sporo śniegu, gazy wylotowe podrywały tumany białego pyłu i rozrzucały na boki. Rusłan zaparkował, a całe nasze towarzystwo rzuciło się do samochodów w celu dojechania do miejsca jego postoju. Już po chwili tłoczyliśmy się przy kolejnej siatce, tym razem z drugiej strony pasa. Niestety, samolot był zasłonięty różnymi ciężarówkami, wózkami widłowymi i podobnym, sprzętem. Nijak nie dało mu się zrobić porządnego, czystego zdjęcia, bez żadnych dodatków na pierwszym planie. Pochodziłem to tu, to tam, ale z każdej strony było podobnie źle. W końcu dałem za wygraną i ustawiłem się przy ogrodzeniu z boku kadłuba czekając na dalszy rozwój wydarzeń, czyli załadunek. Żeby samolot tej wielkości w ogóle przyleciał na lotnisko, musi mieć bardzo konkretny powód. W tym przypadku był to oczywiście transport ładunku. I to nie byle jakiego – śmigłowca szturmowego Mi-24 dla Senegalskich Sił Zbrojnych. Tak jest. I tu kolejna mała dygresja. Przy okazji ostatniego przetargu na śmigłowiec dla Polskich Sił Powietrznych dużo mówiło się o polskich ośrodkach związanych z helikopterami. Mało kto kojarzył Łódź z takim ośrodkiem. Tymczasem znajdują się u nas Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 1 (WZL-1), jednostka o siedemdziesięcioletniej tradycji w serwisowaniu i przerabianiu śmigłowców nie tylko będących na wyposażeniu Polskich Sił Zbrojnych, ale także kontrahentów zagranicznych. WZL-1 specjalizują się głównie w naprawianiu konstrukcji Mi, w tym szturmowych Mi-24. Dodać tu należy, że Zakłady są własnością w pełni polską, w przeciwieństwie do amerykańskiego Mielca i włosko-brytyjskiego Świdnika. Senegalczycy kupili od Słowacji trzy śmigłowce Mi-24 i postanowili wyremontować je w Łodzi. I to właśnie po pierwszą z tych maszyn przyleciał transportowiec.

Załadunek zaczął się od opuszczenia tylnej rampy. Podjechał do niej TIR i wtedy można było łatwo zobaczyć, jak ogromny jest ten samolot. Po rozładowaniu ciężarówki z przednich drzwi zaczęła wysypywać się duża liczba ludzi w odblaskowych kamizelkach. To było to na co czekaliśmy! Nastąpiła seria odgłosów przypominających zamrażanie Hana Solo w karbonicie i nagle na dziobie samolotu pojawiła się szczelina, która zaczęła się poszerzać. Rusłan otwierał swoje przednie wrota. Cały dziób samolotu uniósł się w górę, z wnętrza rozłożyła się rampa, a dodatkowo złożyło się przednie podwozie. W takim przyklęku samolot oczekiwał na ładunek. Ciągnik podholował Mi-24 do rampy, liny zostały zaczepione do wewnętrznych wciągarek i powoli śmigłowiec zaczął być podciągany do wnętrza. Po kilku minutach zniknął jak w szufladzie, po raz kolejny dając wizualny przykład wielkości Antonowa. Rampa zamknęła się, dziób opuścił, a maszyna zaczęła przygotowania do odlotu. I był to całkiem dobry moment, bowiem ja zacząłem bardzo wyraźnie odczuwać skutki mrozu. Mój organizm stracił łączność z dolną częścią nóg już jakiś czas wcześniej, wierzch dłoni zaczął przypominać popularną potrawę zwaną tatarem, natomiast teraz włączyły mi się dodatkowe atrakcje – spontaniczne i niepowstrzymane drgawki różnych grup mięśni. Nie wyłączając mięśni twarzy. Jakiś pan podszedł do mnie i zapytał, czy nie wiem, w którą stronę będzie startować samolot. Odpowiedziałem, że do końca nie wiem, ale to zależy od wiatru i poprzednie startowały w stronę miasta. To znaczy wydawało mi się, że to odpowiedziałem. W rzeczywistości powiedziałem coś w rodzaju – „tazzg, zleżżżż odwia trrrru, wmmmmmm- stttt”. Wróciłem do fotografowania transportowca, który zaczął już na poważnie rozgrzewać silniki. Widok był super, smugi rozgrzanego, falującego powietrza wyrzucane ze wszystkich czterech dysz. W tamtym momencie moim największym marzeniem było znalezienie się w takiej smudze rozgrzanego powietrza. Niestety, w tym momencie na zimno zareagował również mój aparat i zakończył współpracę. Zazwyczaj bateria wytrzymuje zrobienie 400-500 zdjęć, wczoraj padła po trochę ponad dwustu. Cóż, nie dziwię jej się. Resztę pracy wykonałem telefonem. Antonow odkołował do pasa, pojechał na jego koniec i wykonał zawrót, co przy jego wielkości wyglądało na niezwykle trudny manewr. Potem rozpędził się, poderwał i odleciał do Dakaru. Zebrany tłum westchnął i rozszedł się do domów.

Dzień był naprawdę udany. Samolot fantastyczny, a widoki niezapomniane. W związku z remontem kolejnych śmigłowców istnieje spora szansa na to, że Rusłan odwiedzi nas ponownie. Dla lotniska to niezła promocja, w środę na Lublinku było kilka ekip telewizyjnych, większość serwisów internetowych i wiadomości telewizyjnych pokazywała jego przylot. Sama taka wizyta to też okazja do zarobienia pieniędzy i nawiązania dalszych relacji biznesowych. Dodatkowo An-124 doskonale udowodnił, że zarówno pas, płyta jak i cała infrastruktura mogą przyjmować największe samoloty świata. Mam tylko nadzieję, że kolejni potencjalni goście nie będą nas odwiedzać przy temperaturze grożącej zamarznięciem normalnego człowieka.

  5 komentarzy to “Rus-one”

  1. ciekawa odmiana 🙂 najważniejsze, że to też „stwór” latający :)) W sumie Ci zazdroszczę, bo samoloty zawsze robiły na mnie wrażenie.

    • Latający i to całkiem spory – 70 metrów długości 🙂 Szkoda tylko, że tak rzadko do nas przylatują podobne wynalazki.

  2. Rosjanie jak już coś zrobią to jest to balszoje. Z dwóch powodów – zapędów imperialnych i „surowa” technika wymusza robienie na zapas.

    • Oni robią konstrukcje proste i skuteczne. Taki Rusłan działa i na Kamczatce i na afrykańskiej pustyni. A poza tym mieli/mają całą masę prawdziwych wizjonerów, którzy projektują niesamowite konstrukcje. Nie wiem, czy słyszałeś o ekranoplanach – jeśli nie, sprawdź w sieci, bo warto 🙂

  3. Grzegorzu, przyznajmy to szczerze. Owady to Ty może i lubisz, ale samoloty, to Ty kochasz:) PS. Kiedyś pytałem, co jest fajnego w fotografowaniu samolotów, ale nie oznacza to, że nie wiem o nich kompletnie nic. I przyznam, że Rusłana, chciałbym zobaczyć na żywo:)))) PS. Ciekaw jestem, jak na Twój post zareagują tzw. służby? Te senegalskie, oczywiście:)))

 Leave a Reply

(required)

(required)