maj 052022
 
Po beznadziejnie zimnej zimie oraz całkiem zimnej wiośnie, nastały nieco cieplejsze dni. Kilka razy udało mi się odwiedzić Łódzki Ogród Botaniczny, ale obyło się bez entomologicznych fajerwerków.

Początek był bardzo słaby. W kwietniu trafiło się zaledwie kilka w miarę ciepłych dni. Reszta była całkiem zimna, z przymrozkami w nocy i nad ranem. Moja pierwsza wizyta w Ogrodzie odbyła się w standardowym, o tej porze roku, rynsztunku – szaliku, czapce i zimowej kurtce. Mimo tego nie było mi za gorąco.

Znowu w Ogrodzie!

Lubię ten moment, kiedy po pięciu miesiącach przymusowej przerwy, po raz pierwszy przekraczam wiosną bramę Botanika. Serce bije szybciej, nos chciwie wciąga zapomniane wonie, a oczy nie wiedzą, na co patrzeć. Tyle teorii. Praktyka w tym roku była trochę inna. Owszem, było trochę typowych, wczesnowiosennych, kwitnących roślin. Były kilka pająków i kowali bezskrzydłych. Jednak dominowały kolory brązowe, płowe i szare. A już najbardziej dominował hulający wszędzie wicher.

Spacer z Kazikiem…

Spacerowałem sobie alejkami, a w głowie dudniła mi sparafrazowana piosenka Kazika – “…jest tak zimno, że pękają oczy, oczy, oczy!”. Na szczęście oczy mi nie pękły, ale nie był to relaksujący, wiosenny spacer. Szedłem, rozglądałem się, ale w zasadzie nie było nic do oglądania. Nie było nawet grzybów, poza jakimiś smutnymi, nadrzewnymi wyjątkami. Było też dużo powalonych drzew. Niestety, sezon zimowy, w którym dużo wiało, nie oszczędził mojego ulubionego miejsca. Korzystając z okazji chciałem nawet trochę pozaglądać pod korę i w próchno i sprawdzić, czy nie ma tam jakichś ciekawych bezkręgowców. Było jednak na to za zimno.

…i Gigerem

Spacer zapamiętałem ze względu na dwa wydarzenia. Jednym z nich było spotkanie z Obcym. Ale to takim prawdziwie obcym Obcym, jak z rysunków pana H.R. Gigera, znanego z zaprojektowania scenografii i postaci do filmów z serii “Alien”. Szedłem przez las i nagle patrzę, a tu na pniu siedzi miniaturowy kosmita i to z gatunku tych bardziej straszliwych, gotowych do natychmiastowej inwazji. Czacha, dziwne oczy, jakieś dodatkowe przydatki i typowy dla obcych kolor. Przez chwilę gapiłem się na niego, a mózg usiłował przyporządkować to co widziałem, do czegoś co znam. W końcu dotarło do mnie, że to po prostu zwykły grzyb. Muszę przyznać, że wyglądał rewelacyjnie i idealnie nadawał się na pierwowzór nowej rasy kosmitów.

Spareidolizowany

Zjawisko, którego doświadczyłem jest bardzo powszechne, nazywa się pareidolia i polega na dostrzeganiu kształtów znanych rzeczy czy postaci w całkiem przypadkowych przedmiotach czy zjawiskach. Najczęściej ma miejsce, kiedy leżymy sobie w letni dzień na leżaku i gapimy w chmury. Co chwilę nasz mózg dostrzega w ich układach a to zarys ludzkiej twarzy, a to sylwetkę ptaka. Drugą dziedziną, w której pareidolia odnosi niezwykłe sukcesy jest religia. Wszelkie postacie świętych pojawiające się na brudnych szybach czy murach to nic innego, jak przykład właśnie tego zjawiska. Nie sposób tu nie wspomnieć o słynnym Teście Rorschacha, który wykorzystuje zjawisko rozpoznawania kształtów w przypadkowych plamach do oceny cech i zaburzeń osobowości badanych. Sam test budzi do dzisiaj sporo kontrowersji, ale z całą pewnością jest jednym z najbardziej znanych w pop-kulturze książkowo-filmowej.

Wśród ptasich zwłok

Druga rzecz, jaką zapamiętałem z tego spaceru, to sporo ptasich zwłok. I to zwłok ptaków, które zginęły gwałtowną śmiercią w szczękach drapieżnika. Królujący obecnie powszechnie naiwny eko-bambinizm nie zajmuje się tak trywialnymi problemami przyrody jak łańcuchy pokarmowe i drapieżnictwo. Skądże. Przyroda, w przeciwieństwie do cywilizacji, jest z natury dobra. Wszystkie zwierzęta kochają się nawzajem, żyją we wzajemnej zgodzie uśmiechając się do siebie i jedzą kotlety z tofu. W praktyce wygląda to “trochę” inaczej, o czym przekonałem się oglądając zjedzone resztki ptaków. Warto o tym pamiętać, kiedy następnym razem będzie się spontanicznie chciało przytulić w ogrodzie zoologicznym tygrysa albo niedźwiedzia.

Akomoduj Pan!

Właściwie spotkała mnie jeszcze jedna wesoła rzecz. Szedłem po brązowym podłożu z suchych liści, nagle patrzę – spośród nich wystaje jakiś ciekawy, pomarańczowy gatunek grzyba. Zbliżyłem się, robię zdjęcia, bliżej, jeszcze bliżej. W końcu zadowolony podniosłem tego “grzyba”. Okazało się, że był to jakiś fragment zmemłanej włóczki. Kurtyna. Cóż, na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że mam już swoje lata i akomodacja mi się straszliwie rozjechała. Właściwie, w wersji naciąganej, mogę to nazwać pareidolią. I tego się trzymajmy!

Pierwszy spacer odbył się, jak widać, w ciężkich warunkach, ale mimo tego dał nadzieję na udaną resztę sezonu. Ogród nie zawiódł i jak zwykle dostarczył solidnej porcji wrażeń i materiału do przemyślenia i dalszego wygrzebania w sieci. Zawiódł za to mój, od dawna nie używany, aparat – w połowie spaceru skończyła się bateryjka, część zdjęć pochodzi więc z telefonu.

  One Response to “Spareidolizowany”

  1. Wielki come back po dłuuuuuuuuuugiej przerwie 🙂
    Milutko!
    Mam nadzieję na nieco częstsze wpisy!

 Leave a Reply

(required)

(required)