maj 122022
 
Jak feniks z popiołów powstał mój balkon z zimowego niebytu i nieopisanego bałaganu. Po kilku godzinach wytężonej pracy, kilku wbitych drzazgach i bolących mięśniach zamienił się ponownie w oazę pośrodku betonu.

Reorganizacja

Mój balkon miał być przyrodniczą oazą i schronieniem dla jak największej liczby bezkręgowców. I faktycznie, przez wiele lat taki był. Prowadziłem na nim wiele fajnych projektów – domki dla owadów, stawy w wiadrze i słojach, różne środowiska roślinne. Dawało mi to wiele frajdy, a przy okazji było nieustannym bodźcem do prowadzenia obserwacji, uczenia się nowych rzeczy i szukania w sieci informacji o różnych gatunkach.

Niestety, wszystko ma swój kres. W ostatnim sezonie nastąpił kolaps. Ze skrzynek masowo wylazł jeden gatunek bardzo ekspansywnej rośliny, który rozsiał się w każdym możliwym miejscu. Na plastikowym regale zebrało się pełno różnych śmieci – starych doniczek, kawałków desek, przydasiów. Balkon zaczął wyglądać jak zapuszczony od wielu lat ogród połączony ze złomowiskiem. Czarę goryczy przelały ciągle przyłażące gołębie, które upodobały sobie liczne zakamarki. A to chciały zakładać kolejne gniazdo, a to zwyczajnie przylatywały sobie posiedzieć i towarzysko zrobić kupę na środku. Nadszedł moment na zmiany.

W samo południe

W czasie zimy myślałem nad nową koncepcją. Balkon jest od strony południowej. W czasie ciepłej pory roku przez wiele godzin wysmaża go słońce. Roczny cykl rozwojowy tego miejsca jest prosty i powtarzalny. Wiosenny entuzjazm, sprzątanie, sadzenie, wzrost, radość. Letnie upały, zmęczenie, schnące na słońcu rośliny, bałagan robiony przez zwierzaki. Jesienny zmierzch, jeszcze większy bałagan, “posprzątam na wiosnę”. Kluczowy jest tu pewien moment w czasie lata, kiedy rośliny nie wytrzymują nadmiaru promieni słonecznych i całość zaczyna się degradować. Po tym etapie nie ma już czego zbierać, wszystkiego jest mniej niż więcej.

Industrialny minimalizm…

Nowa koncepcja oparta była na kilku założeniach. Po pierwsze – absolutnie nie zamierzam zrezygnować z bioróżnorodności i wsparcia dla bezkręgowców. Po drugie – rośliny maja być odporne na słońce. Po trzecie – należy uprościć konstrukcję, zmniejszyć liczbę bezużytecznych skrzynek, pojemników i pudełek. W głowie miałem pewien obraz – wywalę regał, wywalę dużą skrzynię (która w sierpniu staje się głównym źródłem śmieci), zainwestuję w metalowe kwietniki, na których będą stały mniejsze skrzynki. Design będzie industrialny i prosty – metal, minimalizm, słońce. Teoria oczywiście zderzyła się z praktyką i musiał zostać wypracowany rozsądny kompromis.

Pewnego wiosennego dnia postanowiłem – to jest ten dzień. Czekał mnie ogrom pracy, ale nagroda była kusząca. Najpierw wynieśliśmy z synem wielką skrzynię z ziemią (zniknęła po godzinie). Potem rozmontowałem regał. Przejrzałem to, co na nim stało. Wywaliłem większość gratów. Wpadłem w szał wywalania wszystkiego. Oczywiście po tygodniu okazało się, że potrzebuję połowę z wywalonych desek i innych sprzętów, ale nie uprzedzajmy faktów. Regał leżał w częściach, na podłodze walały się smętne resztki wszystkiego. Nadszedł czas refleksji.

…jeszcze nie dzisiaj

Oczywiście nie kupiłem jeszcze z różnych powodów zaplanowanych, metalowych kwietników. Gdybym je kupił i chciał zrobić naprawdę designerski balkon, musiałbym do nich mieć odpowiednie osłonki do skrzynek, najlepiej jakieś ceramiczne, czarne. I inne przedmioty uzupełniające spójny wystrój. Nie miałem żadnego z nich. Dobra, w takim razie poćwiczmy sztukę kompromisu. Ponieważ rzeczy, które zostały musiały na czymś stanąć, umyłem i ponownie złożyłem pół regału. Z jego każdej strony umieściłem kratki dla roślin pnących. Rozplanowałem położenie skrzynek i pojemników. Na dole obszar gospodarczy z różnymi potrzebnymi rzeczami, wyżej terraria i materiały dla owadów, na szczycie skrzynki z roślinami. Koncepcja w miarę logiczna i estetyczna.

To oczywiście nie był koniec. Przez następne kilka godzin wyrzucaliśmy z Michałem kolejne zbędne graty. Trzeba było wszystko umyć i wyczyścić. Jak zacząłem zmiatać, to zaraz zapragnąłem umyć porządnie parapet. A jak umyłem parapet, oczywistym wyborem było umycie okien. I tak w kółko, jedna rzecz pociągała za sobą kolejne. Na samym końcu, kiedy wszystko było ustawione tam gdzie trzeba, przyszła kolej na finalne umycie podłogi. Potem już tylko wystawienie leżaka i zapadnięcie się w niego. Kilka godzin pracy, miłe zmęczenie fizyczne i uczucie satysfakcji, bo balkon wyglądał dobrze. Może nie aż tak dobrze, jak to planowałem zimą, ale całkiem dobrze. I to bez większych nakładów finansowych. Niedziela miała się ku końcowi, a ja sobie siedziałem i patrzyłem, całkiem zadowolony, przepełniony uczuciem dobrze spełnionego obowiązku i radości, że będę miał gdzie posiedzieć po powrocie z pracy latem.

Domek dla owadów

Czytelnicy mojej strony wiedzą, że dla mnie najważniejszym elementem na balkonie są domki dla owadów. Zrobiłem je na długo przed tym, kiedy posiadanie domków stało się w naszym kraju modne. I był to strzał w dziesiątkę, ponieważ od pierwszego sezonu te proste konstrukcje przyciągały rzeszę rozmaitych gatunków bezkręgowców. Oczywiście głównymi lokatorami były błonkówki, ale zaraz za nimi pojawił się cały łańcuch pokarmowy w postaci pasożytniczych muchówek czy drapieżnych pająków.

Niestety, pierwszy domek w czasie zimy postanowił się rozlecieć. Drewno wyschło, rozprężyło się i puściło. Jedna ze ścianek poszła swoją drogą. Myślałem, że będę go musiał wyrzucić. Na szczęście po wyjęciu jego zawartości i dokładnych oględzinach, okazało się, że domek jest ok, a do jego naprawy wystarczy zwykły młotek. Uratowany domek powędrował na poziom gruntu (nowa koncepcja) i zostanie uzupełniony nowymi rurkami rdestowymi, jak tylko będę miał czas żeby je przynieść z pobliskich zarośli.

Gawrony

Domek numer dwa przetrwał w bardzo dobrym stanie, nie licząc drobnych strat w rurkach. Te ostatnie były bardzo atrakcyjnym towarem dla licznych ptaszydeł budujących w pobliżu gniazda. Co dziwne, na kilku drzewach przed blokiem zbudowały je gawrony (Corvus frugilegus). To pierwszy taki przypadek – wcześniej ich nie było. Ponieważ bardzo lubię wszystkie krukowate, trudno żeby mi przeszkadzały akurat gawrony. Tym bardziej, że naturę mają łobuzerską, są pełne energii i bardzo inteligentne. W dodatku odnoszę wrażenie, że dzięki nim populacja gołębi znacznie się zmniejszyła. I jak tu ich nie lubić. Warto pamiętać, że gawrony poza terenami miejskimi są pod ścisłą ochroną. Na terenie miast obejmuje je ochrona częściowa.

Murarki

Przeskakując kilka tygodni naprzód – domki kwitną życiem. Jako pierwsze pojawiły się przy nich oczywiście murarki ogrodowe (Osmia bicornis). Bardzo lubię te samotne pszczoły. Pierwsze przylatują wczesną wiosną, kiedy tylko zaczyna mocniej grzać słońce. Są duże, puchate, stateczne i budzące zaufanie. Do tego ich futerko ma piękny brązowo-miodowy odcień. Wlatują na balkon łukiem omijającym barierkę, zawisają naprzeciwko domku, robią kilka bujnięć w lewo i w prawo i lądują. Towarzyszy temu bardzo przyjemne, basowe brzęczenie. Murarka po wylądowaniu albo od razu wchodzi do rurki – wtedy, kiedy idealnie wyceluje w miejsce lądowania, albo ląduje i szybkim krokiem biegnie do właściwej. Zdarzają się też pomyłki – pszczoła wchodzi do cudzego mieszkania i po chwili wycofuje się z niego w popłochu. Murarek nie jest niestety zbyt wiele. Jednocześnie przy domku kręcą się dwie-trzy. Mam jednak nadzieję, że to tylko chwilowy spadek populacji i w następnych sezonach pojawi się ich dużo więcej.

Kiedy murarki są w pełni aktywne, z domków zaczynają dopiero wykluwać się inne błonkówki. W czasie obserwacji trafiła mi się jedna złotolitka, z gatunku tych zielono-niebieskich. Chwilę postała sobie grzejąc się na drewnie, a potem szybko odleciała. Jestem pewien, że wróci, w końcu gdzie znajdzie miejsce z większą koncentracją potencjalnych mieszkań dla swojego potomstwa?

Bolice

Na moim balkonie dominują jednak dwa gatunki bolicletnia (Symmorphus crassicornis) oraz stonkówka (Symmorphus murarius). Właśnie teraz zaczęli wychodzić z rurek ich pierwsi przedstawiciele. Wygląda to bardzo ciekawie. Najpierw gliniana zatyczka rurki zaczyna się poruszać i wybrzuszać. Odpada kilka pierwszych grudek, pojawia się mały otwór, a w nim poruszające się czułki. Otwór powiększa się i po chwili widać szczęki i całą głowę. Owad wygryza tylko tyle gliny, ile jest niezbędne do przeciśnięcia się na wolność.

Patrząc na otwory i bolice trudno uwierzyć, że dają radę przejść. Ale z osami jest widocznie tak, jak z kotami – ważne żeby głowa się zmieściła. Błonkówka wychodzi na zewnątrz, jest chuda, niemrawa i i cała utytłana szarym, glinianym pyłem. Przez chwilę stoi czyszcząc czułki i głowę, potem rusza wolnym krokiem przed siebie. Po kilku centymetrach podrywa się, przez chwilę buja się przy domku niepewnym, wahadłowym lotem. Wreszcie odlatuje z balkonu. Misja zakończona sukcesem! Za jakiś czas wróci tu ponownie założyć własne gniazdo.

Sucha łąka

Niedaleko mojego bloku rozciąga się wielka i przepiękna łąka. Jest na tyle duża, że występują na niej różne biotopy – bardziej wilgotne, ale głównie suche. Zawsze, kiedy po niej spacerowałem obserwując rośliny i owady, myślałem sobie – “fajnie by było mieć kawałek takiej łąki na balkonie”. W tym roku zamiast myśleć, spontanicznie zadziałałem.

Z reorganizacji została mi duża, pusta, plastikowa misa. Wziąłem więc zwykłą reklamówkę i ogrodową łopatkę i postanowiłem napełnić misę treścią. Najpierw wykonałem gruntowny rekonesans, sprawdzając jakie gatunki roślin mogę zebrać. Potem znalazłem miejsce z dobrym piaskiem, bo to on jest głównym podłożem na suchym obszarze. Kilka minut później wlokłem reklamówkę pełną piachu, przechodząc do kilku wypatrzonych miejsc, z których pobrałem rośliny. Cała akcja nie była długa, ale jak zwykle pozwoliła poznać nowe gatunki roślin i bezkręgowców. Oraz wiele gatunków piwa, po którym puszki były rozrzucone równomiernie w całej okolicy.

Już na balkonie wsypałem drobny piasek do misy i zasadziłem roślinność. Moim celem było odtworzenie fragmentu suchej łąki w postaci takiej, jak na jej naturalnym odpowiedniku. Chciałem zostawić też sporo wolnego, pokrytego tylko piaskiem miejsca. Po co? Oczywiście po to, żeby przyleciały do niego jakieś owady i założyły w nim gniazda. Niedawno widziałem wykopane kopczyki z otworem w środku. Nie widziałem jaki gatunek je zbudował, ale widać, że plan się powiódł.

Pseudosmukliki

Lokatorów znalazły też puste przestrzenie w skrzynkach na rośliny. Zauważyłem, że krążą nad nimi małe, jasne owady. Ich lot był dość charakterystyczny – podlatywały, a nad samym lądowiskiem wykonywały kilka wahadłowych, dynamicznych ruchów, po czym siadały na glebie. Następnie przechodziły do wejścia norki i znikały wewnątrz niej. Okazało się, że są to małe pszczółki z rodzaju pseudosmuklików (Lasioglossum). Owady te mogą żyć samotnie, mogą również tworzyć prymitywne związki społeczne. Ponieważ dość długo przebywały pod ziemią, nie udało mi się określić, czy do jednej norki przylatuje ich więcej i czy prowadzą samotniczy czy społeczny tryb życie. Może uda się to stwierdzić, jeżeli kolonie rozwiną się bardziej. O ile oczywiście są to kolonie.

Roślinność

Jeżeli chodzi o wybór roślin na tegoroczny balkon, to właściwie decydował o nim przypadek. O suchej łące już pisałem. Z kolei któregoś dnia wszedłem do osiedlowego marketu, a tam powojniki (Clematis L.) po osiem złotych za sztukę. W dodatku w dużym wyborze, o kwiatach różnych kształtów i kolorów. Nie było się co zastanawiać – wziąłem cztery. Tydzień później były już po 30 złotych za sztukę. Powojniki trafiły oczywiście do skrzynek przy kratce na najwyższym poziomie regału. Przyjęły się dobrze i od razu zaczęły rozrastać we wszystkich kierunkach.

Dla towarzystwa powojniki dostały kilka gatunków roślin z suchej łąki. A do tego wysiałem u nich wilce (Ipomoea L.) w kilku odmianach oraz powój trójbarwny (Convolvulus tricolor L.). Czy takie zestawienie ma sens? Nie mam pojęcia. Ogrodnik ze mnie spontaniczny – wrzucam wszystko do jednej skrzynki i czekam, co z tego wyniknie. W poprzednich sezonach wilce i powoje ładnie rosły i miały wiele różnobarwnych kwiatów.

Lawenda

Zaplanowane za to były skrzynki z lawendą (Lavandula L.). Roślina ta ma wiele zalet. Lubi dużo słońca. Pięknie pachnie – sama roślina oraz kwiaty. Jest miododajna – przyciąga wiele owadów. A do tego jest bardzo ładna. W jednym miejscu Łódzkiego Ogrodu Botanicznego znajduje się takie miejsce z polami lawendy i rozmarynu. Kiedy rośliny kwitną, warto się tam przejść wczesnym wieczorem, kiedy słońce jest jeszcze całkiem wysoko. Przestrzeń, zieleń, niebieskie kwiaty, niebieskie niebo nad głową, ciepłe powietrze i ten zapach – odurzający i jedyny w swoim rodzaju. Prawdziwa kwintesencja udanego lata.

Do lawendy dorzuciłem też trochę nasion – żeby nie było jej smutno samej. Trafiły tam mieszanki “pszczeli zakątek” i “kwitnące miasto”? Nie pamiętam już ich bardzo poetyckich nazw, ale mam nadzieję, że mnie nie zawiodą i faktycznie dadzą dużo kwitnących i miododajnych roślin. Pozostałe miejsca obsiałem tym, co zostało z mieszanek i na tym zakończyłem etap siewu. Sporo roślin zaczyna już kiełkować i – jak to w takich przypadkach bywa – sam jestem bardzo ciekawy, co z tego wyrośnie i jak będzie wyglądało.

Wodopój

Kiedy szliśmy z Michałem na spacer koło łąki, całkiem zziajani po wcześniejszej grze w piłę, zobaczyłem koło alejki sporo tłuczonego granitu. Od razu w głowie rozjarzyło mi się pytanie – “do czego można wykorzystać granit o tak fajnym kształcie?”. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Od jakiegoś czasu myślałem o zrobieniu miejsca, w którym odwiedzające balkon owady mogły by się napić. Okolica jest raczej sucha i poza jakimiś kałużami koło hydrantów nie ma ani stawów, ani strumieni – w końcu to osiedle z wielkiej płyty.

Granit został pobrany do plecaka. W domu trzymam różne dziwne pojemniki po lodach i innych produktach, bo są niezastąpione na wycieczkach, z których trzeba przynieść jakieś spotkane robaki. Znalazłem odpowiedni, ułożyłem w nim fragmenty skały, zalałem wodą. Jako bonus dodałem wody z akwarium (z której na pewno rozwinie się trochę mikroskopijnego życia), kilka gatunków roślin pływających oraz mech. Mech powinien się rozrosnąć i stworzyć przyjemne i trzymające wilgoć miejsce. Praca była skończona – pozostaje tylko zaprosić pierwszych popijaczy.

Krocionogi

Na tym samym spacerze i tej samej łące natknęliśmy się na wielką, wysuszoną i spróchniałą kłodę. Spotykając taką kłodę, można zrobić tylko jedną rzecz. Przewrócić ją z ciekawością i sprawdzić, co pod nią żyje. Tym razem mieliśmy szczęście – dolną stronę kłody zamieszkiwała sporo kolonia krocionogów (Julidae).

Krocionogi są akurat mieszkańcami jednego z moich terrariów. Bardzo lubię obserwować te sympatyczne i pożyteczne zwierzaki. Do tej pory spotykałem małe gatunki – pozyskiwałem je przede wszystkim podczas odwiedzin w parkach i na cmentarzach, gdzie lubią przebywać. Tym razem trafił się gatunek sporo większy i inaczej ubarwiony. Zrobiłem mu szybko małe terrarium (znów pojemnik po lodach!) z warstwą gleby, roślin z łąki i próchna, które oczywiście też zabrałem z pnia. Po kilku dniach widzę, że zwierzaki mają się dobrze. Mam nadzieję, że będą się rozmnażać.

Relaks

Pierwszy etap balkonowej reorganizacji uznaję za zakończony. Oczywiście, zawsze może mi wpaść do głowy nowy pomysł na kolejny pojemnik z bezkręgowcami albo kolejny wycinek ciekawego biotopu. Nie ma w tym nic złego, lubię nieustannie coś tworzyć i ulepszać, a część z pomysłów nawet ma sens.

Nadeszła pora na relaks. Balkon na ciepłe miesiące stanie się moim ulubionym miejscem w domu. W wolne dni, w czasie gorącego południa siedzę na nim, obserwując intensywny ruch owadów wokół domków. Kiedy wracam w dni powszednie po pracy, lubię usiąść sobie na nim z książką. Rośliny pachną, wiatraczki szumią na wietrze, a słońce nie świeci już bezpośrednio na głowę. Z kolei późnym wieczorem włączają się solarne lampy oświetlając przestrzeń niebieskawym światłem. Warto wtedy usiąść na leżaku i popatrzeć w górę – wprost na fascynujący świat odległych ciał niebieskich. Oraz satelitów Elona Muska.

 Leave a Reply

(required)

(required)