Lepsza sikora w garści…

Kolejny weekend i kolejna okazja do przedpremierowej wizyty w Ogrodzie Botanicznym w Łodzi. Tym razem tematem przewodnim były ptaki, a spacer prowadziło dwóch ornitologów z Uniwersytetu Łódzkiego. O ile tydzień temu było piekielnie zimno, tym razem było cieplej, za to padał deszcz. Właściwie nie do końca deszcz, a takie najbardziej wkurzające nie wiadomo co, przy którym właściwie nie chce się otwierać parasola, ale jak go nie otworzysz, to po chwili masz mokry obiektyw.

Mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych, na miejscu zbiórki stawiła się pokaźna grupa osób – było ich na pewno powyżej trzydziestu. Wśród nich część stanowili typowi spacerowicze, ale było też sporo osób mocno zainteresowanych ptakami, o czym świadczyły imponujące teleobiektywy oraz lornetki. Po krótkim wstępie zaczęliśmy od mocnego uderzenia, czyli obejrzenia złapanych wcześniej sikor. Panowie ornitolodzy prezentowali te ptaki trzymając je w dłoni, prostując im skrzydełka i opowiadając o nich wiele ciekawych rzeczy. Chociaż wiele osób widziało już zapewne podobne zabiegi, dla mnie była to zupełna nowość. Duże wrażenie robi na mnie zawsze spotkanie profesjonalisty, który potrafi tak trzymać ważkę, żeby jej nie uszkodzić, a potem wypuszcza ją i owad swobodnie odlatuje. Z sikorami było podobnie. Po oględzinach i sesji zdjęciowej zostały wypuszczone i z pobliskiej gałęzi wyćwierkały co o nas sądzą. Chociaż oczywiście nieco przesadzam, bo te ptaki nie ćwierkają.

Chwilę po tym poszliśmy oglądać ornitologiczną siatkę i zapoznaliśmy się ze sposobem i miejscami jej instalacji oraz obsługi i wabienia potencjalnych ofiar. To również była dla mnie nowość i bardzo ciekawa część wycieczki. Oczywiście, widziałem wcześniej na filmach samą siatkę czy wyjmowanie z niej schwytanych ptaków. Ale telewizor, a rzeczywistość to dwie zupełnie różne rzeczy. Ruszyliśmy w głąb Ogrodu. Niestety deszcz ciągle padał i większość ptaków siedziała w ciszy na gałęziach. Co jakiś czas któryś z nich odzywał się i zostawał bezbłędnie rozpoznawany i namierzany przez prowadzących wycieczkę naukowców. To również było godne podziwu – jak po krótkim śpiewie czy błyskawicznym przelocie byli w stanie określić gatunek. Ale w sumie zależy to od opatrzenia i doświadczenia – ja jestem w stanie rozpoznać, nawet w locie, wiele owadów i uważam to za coś zupełnie naturalnego.

Kiedy dotarliśmy do alei lipowej na chwilę przestało padać i można było odetchnąć. W tym miejscu padło też bardzo ciekawe pytanie o interesujące gatunki zalatujące nad teren Ogrodu. Panowie ornitolodzy wyrecytowali listę, na której były ptaki, których w życiu nie widziałem, ani tym bardziej nie miałem pojęcia, że mogę je zobaczyć. Bo wiadomo – Ogród to przede wszystkim krukowate, sikory, kaczki, łyski, bażanty. Prawie wszystko inne stanowi dla mnie rzadkość. Przy tej okazji warto się przez chwilę zastanowić, jakie mniej powszechne gatunki spotykałem podczas swoich wędrówek w Botaniku. Chyba największą niespodzianką była czapla. Pojawiła się w sezonie 2023, który był dla mnie bardzo złym sezonem. Z różnych powodów nie zrobiłem wtedy latem ani jednego zdjęcia i prawie nie odwiedzałem Botanika. Trafiłem tam w sierpniu i ze zdumieniem zauważyłem, że na największym stawie w Ogrodzie Japońskim siedzi sobie czapla. Była dość daleko i dzisiaj już nie pamiętam jej dokładnie, ale możliwe, że była to czapla biała. Oczywiście mając aparat z ogniskową 3000 mm w takich momentach zostawia się go w domu. Zrobiłem więc kilka kiepskich zdjęć telefonem i postanowiłem przyjść następnego dnia z Nikonem. Przyszedłem, czapli nie było. Od botanikowych kolegów dowiedziałem się, że wcześniej siedziała kilka tygodni, a ja miałem pecha spotkać ją ostatniego dnia pobytu. Cóż, trudno, pozostało ulotne wspomnienie i słaba fotka.

Pisząc o czapli zacząłem szukać w archiwum jej zdjęcia i doszedłem do wniosku, że może znajdę jeszcze inne foty ptaków z dawnych lat, żeby mieć czym zilustrować ten wpis. Zacząłem szukać i… wsiąkłem na kilka godzin. Ze zdumieniem zauważyłem, że jakieś 15 lat temu fotografowałem zimą całkiem sporo ptactwa. Lato było dla owadów, zima dla ptaków. Teraz zima jest dla nikogo, bo nie chce mi się wyjść z domu. Szukałem w archiwach, a jak już coś znalazłem, to oczywiście musiałem to wyedytować, pobawić się ustawieniami, poeksperymentować. Czas sobie płynął, każdy kto zajmuje się programami graficznymi wie jak to jest. Późnym wieczorem miałem pokaźną pulę zdjęć. Część z nich jest całkiem ładna, większość ma wartość jedynie dokumentacyjną, bo chciałem wyciągnąć jak najwięcej różnych gatunków. Pominąłem kaczki, łyski i inne ptaki wodne, pominąłem krukowate, bo gawron, jaki jest, każdy widzi. Przeglądając to, co zostało, sam się zdziwiłem – w Ogrodzie Botanicznym w Łodzi można spotkać naprawdę dużo gatunków! Zabawne jest to, że podczas spaceru ornitologicznego śmialiśmy się z Włodkiem, kiedy prowadzący opowiadał o dzwońcach. My nigdy dzwońca (Chloris chloris) nie widzieliśmy. Tymczasem okazało się, że nie tylko widziałem dzwońce, ale nawet zrobiłem im dawno temu zdjęcia!

Co jeszcze udało mi się odnaleźć? Przede wszystkim dzięcioły. W Botaniku bardzo popularny jest dzięcioł zielony (Picus viridis), który często buszuje w trawie, biega po alejkach i nie jest przesadnie płochliwy. Dwa bardziej związane z drzewami gatunki – dzięcioł średni (Dendrocoptes medius) oraz dzięcioł duży (Dendrocopos major) – są trudniejsze do obserwowania. Dają znać o sobie przede wszystkim bębnieniem w drzewo. Kierując się tym odgłosem można spróbować zlokalizować je optycznie. Rzadko schodzą niżej, ale karmniki w czasie zimy są dobrym miejscem na zrobienie im zdjęcia. Wreszcie największy gatunek – dzięcioł czarny (Dryocopus martius). Ubarwiony w całości na czarno, z czerwoną czapeczką, jest bardzo łatwy do identyfikacji. W Ogrodzie widziałem go może z dwa razy w życiu, w jednym przypadku udało się zrobić słabe zdjęcia z daleka.

W Botaniku, podobnie jak i na pobliskich osiedlach, bardzo licznie występują sikory. Większości ludzi ptaki te kojarzą się z sympatycznymi, kolorowymi, puchatymi kulkami. Tak jednak nie jest. Jak opowiadali panowie prowadzący wycieczkę, te małe ptaszki są wysoce agresywne. Do tego stopnia, że schwytane do badań, muszą być umieszczane w oddzielnych woreczkach – inaczej zadziobałyby się na śmierć. Problem ten nie występuje z większością innych gatunków, które są w stanie tolerować się nawzajem. Najpopularniejsza jest sikora bogatka (Parus major) z charakterystycznym, żółtym brzuszkiem. Niewiele ustępuje jej popularnością sikora modraszka (Cyanistes caeruleus), którą można chyba nazwać najpiękniej ubarwionym gatunkiem. Sikora uboga (Poecile palustris) jest ze względu na swoje stonowane kolory rzadziej widoczna. Wreszcie podobna do niej nieco sikora czarnogłówka (Poecile montanus) – ptak, którego widziałem w Ogrodzie jedynie kilka razy. Pozostałych dwóch sikor występujących w Polsce – sikory czubatki (Lophophanes cristatus) i sikory sosnówki (Periparus ater) – nie miałem nigdy okazji spotkać.

Kolejna, licznie reprezentowana rodzina ptasich mieszkańców Ogrodu, to drozdowate (Turdidae). Należą do niej między innymi kos (Turdus merula) i kwiczoł (Turdus pilaris). Te dwa gatunki spotykane są powszechnie w każdym sezonie. Pewnie czasem trafiają się i inne drozdy, ale ja z całą pewnością nie potrafię ich zidentyfikować. Drozdowate są jedną z moich ulubionych, ptasich rodzin. Po pierwsze – pięknie śpiewają. Po drugie – mają w sobie tę nutę zawadiackości, kojarzącą się z moimi ulubionymi srokami. Kosy czy kwiczoły często można obserwować podczas żerowania wśród zeszłorocznych liści. Żwawo skaczą, rozgarniają uschnięte rośliny, rozrzucają dookoła ich fragmenty. W ogóle nie boją się ludzi. Jeżeli podejdzie się do nich powoli i stanie spokojnie, będą podchodzić na odległość kroku. Szczególnie dotyczy to osobników miejskich, związanych z parkami i przyzwyczajonych do człowieka.

Co jeszcze udało wygrzebać mi się z archiwów? Wspomniane wcześniej dzwońce, ale też dużo innych małych ptaków. Kolorowe zięby (Fringilla coelebs), rzadkie grubodziby (Coccothraustes coccothraustes) i czyże (Spinus spinus) – wszystkie z rodziny łuszczakowatych (Fringillidae). Rzadko spotykane rudziki (Erithacus rubecula), piegże (Curruca curruca) oraz kapturki (Sylvia atricapilla). Do kompletu gatunek ptaka, który wygrałby każdy konkurs na pluszaka albo bohatera kreskówki czyli raniuszek (Aegithalos caudatus). Niestety, widziałem go jedynie kilka razy i nie zdołałem zrobić mu porządnego zdjęcia. Wreszcie bardzo powszechny, ale zawsze zachwycający kowalik (Sitta europaea), który w zimę często korzysta z karmników i jest prawdziwym mistrzem wspinaczki. Myślę, że moja lista ptaków nie przynosi mi wstydu, szczególnie że fotografuję je sporadycznie skupiając się oczywiście na owadach.

A wielcy nieobecni? Tu na pierwszym miejscu wymieniłbym wilgę (Oriolus oriolus). Na terenie Botanika widziałem kilkukrotnie tego pięknego ptaka – przeważnie w postaci żółtej smugi przelatującej pomiędzy drzewami. Oczywiście nigdy nie udało mi się jej uwiecznić na zdjęciu, ale będę nadal próbował. Z nieznanych mi powodów, nigdy w życiu nie zrobiłem foty żadnej sowie, a wiem od znajomych, że na pewno słychać je w Ogrodzie. Na wielkiej łące rozciągającej się bliżej Retkini żyją bażanty (Phasianus colchicus) i je spotykałem i portretowałem dość często. Ostatnio jednak w suchych zaroślach natykałem się na nowy gatunek – mały, zwarty w sobie, popielaty. Nie mam pojęcia co to było – wyglądało na kuropatwę (Perdix perdix) albo przepiórkę (Coturnix coturnix) – i zawsze z daleka wiało na mój widok. Zdjęcia nie mam, ale też będę o nie walczył. No i wreszcie mój fotograficzny arcywróg – trzciniak (Acrocephalus arundinaceus), któremu bez powodzenia usiłuję zrobić zdjęcie od wielu lat. Jak sama nazwa wskazuje, ptaki te zasiedlają trzciny nad stawami. Spotkać je można w części położonej od strony Retkini oraz w Ogrodzie Japońskim. Skaczą po trzcinach, schowane w głębi, czasem tylko przemieszczają się błyskawicznym lotem pomiędzy ich kępami. Ich donośne terkotanie niesie się daleko i napędza mnie do wciąż nowych prób zrobienia im porządnego zdjęcia. Kiedyś mi się uda.

Chociaż deszcz siąpił prawie nieustannie i większość ptaków siedziała cicho pochowana między gałęziami, wycieczka była bardzo udana. Chodziliśmy ponad dwie godziny, przeszliśmy spory obszar Botanika, po drodze wysłuchując wielu ciekawych faktów o życiu jego pierzastych mieszkańców. A przy okazji mieliśmy szansę ponownie zobaczyć nasze ulubione zakątki. Jedyny przykry zgrzyt nastąpił kiedy szliśmy Aleją Lipową przy wejściu do Działu Roślin Leczniczych. Okazało się, że zostały wycięte rosnące tam od lat drzewa iglaste. Po co? Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że miało to jakieś racjonalne uzasadnienie. I nie było to uzasadnienie w stulu – „bo zasłaniały widok i przeszkadzały podczas pikników”. Ptasie tematy zainteresowały mnie, mam nadzieję, że w tym sezonie poświęcę im więcej czasu i uwagi. Na kolejną wycieczkę ornitologiczną wybiorę się z dużą chęcią. Natomiast do samego Ogrodu będzie można wejść już w marcu – podczas kolejnej wycieczki dotyczącej przebudzenia wiosny (o ile się przebudzi w tym roku).

A już zupełnie na zakończenie ptasich tematów zbrodnią byłoby nie wspomnieć o moim ulubionym serialu animowanym. „Przygód kilka wróbla Ćwirka”, bo o nim mowa, to kawał genialnego kina jednocześnie bawiącego i dostarczającego ogromnej dawki rzetelnej wiedzy. Kolejne zalety? Jako lokalny patriota muszę wspomnieć, że film powstał w Łodzi, w ś.p. wytwórni filmów Se-Ma-For. No i najważniejsze – wszystkie głosy ptaków występujących w serialu podłożył niezapomniany Jan Kobuszewski i była to jedna z najlepszych interpretacji dźwiękowych w historii polskiego kina. Po prostu mistrzostwo świata!


Jeżeli podoba Ci się ten wpis… Postaw mi kawę na buycoffee.to …postaw mi kawę! Dziękuję serdecznie 😉

 

Dodaj komentarz