cze 032024
 
Domki dla owadów, to miejsce w którym zawsze dzieje się coś ciekawego. Ktoś na kogoś poluje, ktoś przynosi kogoś sparaliżowanego do zjedzenia dla swoich dzieci, ktoś inny stara się podrzucić swoje jajo, żeby jego dzieci zjadły czyjeś dzieci. A jeszcze ktoś inny buduje konstrukcje, których nie powstydziliby się Gaudi i Giger. Normalne życie, jak w bloku na osiedlu.

Zaczniemy, jak to często bywa, od małej dygresji. Kucam sobie wygięty w pałąk przed jednym z domków dla owadów. W oczach mi już ciemnieje, zgięte pod dziwnym kątem nogi skutecznie odcięły dopływ krwi do mózgu, czuję, że zaraz wyląduję na plecach jak żółw albo bezradny chrząszcz. Jestem w tej pozycji od dłuższego czasu, nie poruszam się. Dlaczego? Bo czekam z wyciągniętym przed siebie aparatem na pojawienie się błonkówki, która dobre pięć minut temu zniknęła w jednym z otworów. To wyzwanie – ona albo ja – nie poddam się, a i ona jak widać nie ma takiego zamiaru. Z tyłu dochodzi rejwach i szuranie – to jedna z typowych rodzin “oglądaczy tulipanów” wybrała się na nieupragnioną wycieczkę po Ogrodzie Botanicznym. Tatuś-mądrala, mamusia-potakiwaczka i znudzone dzieci. Zakładam się z samym sobą, że za chwilę usłyszę informację, że to ul dla pszczółek. Ale nie, świat ciągle potrafi mnie zaskoczyć. Pani staje z tyłu i informuje dzieci, że to jest – uwaga! – karmidełko dla pszczółek. Przyznam, poddaję się i nie jestem w stanie nadążyć za jej logiką. Że niby co? W tych rurkach rozdają im hotdogi i kabanosy? Tymczasem “moja” osa zaczyna ostrożnie wychylać się z otworu. Napinam się cały i czekam na możliwie najlepsze ujęcie. W tym momencie tatuś-mądrala wchodzi na scenę, pochyla się nad domkiem, macha paluchem i informuje rodzinę – “o, tu siedzi pszczoła”. Oczywiście moja osa ucieka, a mnie zalewa fala czerwieni. Później, siedząc na ławce, zastanawiam się, jak można nie umieć odróżnić pszczoły od osy? Niepojęte. Jedno jest w żółto-czarne paski, a drugie wcale. Pszczołę chyba każdy widział. W bajkach, książeczkach do kolorowania w przedszkolu, na biologii w szkole, w telewizji chociażby. Jak to możliwe? Rozumiem, można nie lubić owadów, kompletnie się nimi nie interesować. Ale nie wiedzieć jak wygląda pszczoła? To tak jakby powiedzieć, że żyrafa to jest to zwierze, co ma szarą trąbę. Nieważne, dzisiaj po raz kolejny nauczyłem się czegoś nowego od społeczeństwa.

Skupmy się jednak na czymś konstruktywnym. Czytelnicy tej strony doskonale wiedzą, że jestem wielkim fanem domków dla owadów. Moda na nie przyszła z Niemiec i Anglii, poddałem się jej bardzo szybko, a raczej zbudowałem swoje pierwsze balkonowe domki, zanim stały się powszechnie znane. Potem przyszła fala prawdziwej, celebryckiej, głupiej mody. W handlu pojawiały się absurdalne konstrukcje nie mające nic wspólnego z zapewnieniem owadom warunków rozrodu, a gwiazdy mediów społecznościowych robiły sobie selfie z domkiem. Również różne organizacje zaczęły stawiać domki w różnych, losowych miejscach, na przykład na środku monokultur trawnikowych, na których nie ma ani jednej kwitnącej rośliny. Jednak to zainteresowanie miało też ogromne plusy – domki powstały w wielu parkach i na miejskich terenach zielonych, a instalowaniem ich zajęli się ludzie mający o tym pojęcie. Kilka lat temu domki dla owadów zaczęły się pojawiać również w Ogrodzie Botanicznym w Łodzi. Z ich jakością bywało różnie. Na początku miały zabezpieczającą siatkę – w tym sezonie nie mają. Niestety przyniosło to natychmiastowy skutek – chuligani (wiewiórki, sroki, dzięcioły) wyciągają i rozwlekają po okolicy trzcinowe i rdestowe rurki. I to natychmiast po ich zainstalowaniu. Drugi minus to brak zadaszenia. Domki mają oczywiście przyjemne dla oka daszki, ale kończą się one równo z linią rurek i gliny. Powoduje to zalewanie otworów wejściowych w przypadku większego deszczu, a także uszkadzanie ich zakończeń. Warto byłoby nad tym pomyśleć i w następnych sezonie ulepszyć i tak bardzo udaną konstrukcję. Bo oprócz tych dwóch mankamentów domki są super. Solidne, wielokomorowe, z drewna, z różnym wypełnieniem – rurkami, gliną, cegłami, drewnem, sianem. Każdy owad znajdzie tu coś dla siebie. W dodatku pojawia ich się coraz więcej, stoją w bardzo różnych miejscach i mogą służyć różnym gatunkom. Z miejsca stały się też dla mnie obowiązkowymi punktami odwiedzin. W czasie każdego spaceru z ciekawością je odwiedzam, patrząc co nowego się wprowadziło i licząc na spotkanie nowych gatunków. W tej chwili kojarzę co najmniej dziewięć domków na terenie Ogrodu, pewnie to nie wszystkie, bo część leży w mniej przeze mnie uczęszczanych miejscach. Oby było ich jak najwięcej!

Dlaczego domki są takie fajne? Poza oczywistą rzeczą, czyli zapewnieniem miejsca rozrodu dla dzikich zapylaczy, stają się one centrum nowych ekosystemów. Taki domek nieodparcie przypomina mi wieżowiec, w którym mieszkam. Na małej powierzchni mieszkanie przy mieszkaniu, setki ludzi, każdy inny, dzięki czemu rodzą się przeróżne interakcje i zależności. Na szczęście analogia nie jest dokładna – w wieżowcach na ogół ludzie nie zjadają się nawzajem, nie paraliżują żądląc, ani nie składają jaj, żeby ich dzieci mogły zjeść sparaliżowanego sąsiada żywcem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Przez ostatnich kilka wizyt w Botaniku zająłem się bliżej obserwowaniem mieszkańców domków dla owadów oraz ich otoczenia. Uzupełniało to niejako obserwacje moich balkonowych domków, ale o tym będzie osobny wpis. W każdym razie zaczęło się od tego, że w jednym z owadzich hoteli zawuważyłem wystające z gliny, dziwne “krany”.

Owady zasiedlające domki najczęściej korzystają z gotowych rozwiązań, czyli trzcinowych rurek albo otworów w drewnie i glinie. W większości przypadków ich jedynym wkładem konstrukcyjnym jest zalepienie domku za pomocą różnych materiałów – gliny, ziemi, a nawet liści i płatków kwiatów. Tymczasem teraz miałem przed sobą robiące wrażenie dzieło architektoniczne, przemyślane i misterne, przypominające skrzyżowanie pomysłow Gaudiego i Gigera. Coś takiego widziałem po raz pierwszy w życiu, chociaż kojarzyłem z internetu, że niektóre owady budują podobne konstrukcje. Zaczaiłem się więc i czekałem na lokatorów. Okazały się nimi błonkówki, na pierwszy rzut oka przypominające bolice z rodzaju Symmorphus. Podobnie smukłe ciało i czarno-żółte ubarwienie, podobny styl lotu i zachowanie. Ich domki były w różnej fazie konstrukcji, niektóre w pełni zakończone, niektóre z bardzo krótką rurką, a jeszcze inne dopiero na etapie tworzenia kryzy dookoła otworu w glinie.

Po powrocie do domu zapytałem mądrzejszych od siebie, kto buduje takie fajne konstrukcje i otrzymałem kilka odpowiedzi, które wskazywały faktycznie na bolice, ale nie z rodzaju Symmorphus, a Odynerus. Czyli byłem blisko, ale nie do końca. Problem zaczął się przy identyfikacji gatunku, ponieważ zdania były podzielone. W grę wchodziły dwa – bolica kolconoga (Odynerus spinipes) albo bolica rogata (Odynerus reniformis). Różnice między nimi to na przykład szerokość i kształt przepasek na tergitach. Moje zdjęcia nie były najlepszej jakości, w dodatku znajdowało się na nich wiele osobników. Dłuższy czas spędziłem na próbach identyfikacji, ale szczerze mówiąc nie doszedłem do żadnych wniosków. Na jednym zdjęciu cechy zgadzały się z bolicą kolconogą – wszystkie, oprócz jednej. Na innym przeciwnie – pewna bolica rogata, poza jakąś kluczową cechą, która pasowała dokładnie do niczego. Albo te przepaski – u rogatej powinny być koliście zakończone, a u kolconogiej węższe. Ale co to konkretnie oznacza? Na jednych zdjęciach były węższe, ale czy na pewno nie były koliście zakończone? Sytuację pogorszyło jeszcze szukanie w sieci – często pojawiały się zdjęcia ewidentnie źle opisane, co tym bardziej nie pomagało. W końcu przyjąłem proste założenie – na moich zdjęciach jest Odynerus sp. – jeden z dwóch gatunków, a być może oba. I tego się trzymajmy.

W czasie kolejnych wizyt obserwowałem zachowanie nowopoznanych bolic. Niektóre budowały dopiero gniazda, co było procesem bardzo ciekawym. Podlatywały do glinianej ścianki, nawilżały materiał, zeskrobywały go, a następnie mokrą kulkę przenosiły w pobliże gniazda. Tam murowały ją w odpowiednim miejscu. Po pewnym czasie powstawała wygięta rurka. Nie była ona jednak jednolita, a ażurowa, złożona z kulek, z otworami pomiędzy nimi. Przypominała mi okna w stylu architektury islamskiej z delikatną i precyzyjną mozaiką. Było to dzieło genialnego architekta, lekkie, a przy tym trwałe. Rurki posiadały jeszcze jedną zaletę – będący w środku owad mógł przez otwory obserwować otoczenie, sprawdzając czy da się bezpiecznie wyjść na zewnątrz. Ponieważ rurek było sporo, sprawdziłem czy zawsze odginają się w tym samym kierunku. Otóż nie. Większość zaginała się w dół, ale zdarzały się też bocznie zgięte. Niektóre też zaczynały się nie na pionowej, a poziomej ścianie gliny. Biolodzy nie są zgodni, co do ich funkcji. Z całą pewnością w pewnym stopniu zabezpieczają gniazdo i maskują je przed wzrokiem napastników. Chronią je przed warunkami atmosferycznymi. Są też sposobem na pozbycie się materiału z wykopanej norki. W praktyce zauważyłem, że rurki na pewno nie chronią przed pasożytami gniazdowymi – większość złotolitek znajdowała je bez trudu.

Kiedy jedne bolice pracowicie kończyły gniazda, inne zajmowały się znoszeniem do nich upolowanych i sparaliżowanych ofiar, na których złożą jaja. Proces powrotu wyglądał podobnie. Owad podlatywał w pobliże rurki, wykonywał kilka wahadłowych ruchów na boki, sprawdzając czy nie ma w okolicy pasożytów albo natręta z obiektywem i lądował na jej zakończeniu. Po wylądowaniu bolica od razu wbiegała do środka. Nieraz zdarzało się, że już po lądowaniu zbliżyłe za bardzo obiektyw, albo w okolicy pojawiła się złotolitka. W takim przypadku samica z ofiarą od razu odlatywała i nie wracała przez dłuższy czas. Nieraz zdarzało się też, że porzucała ofiarę. W większości przypadków jednak zdobycz trafiała do środka gniazda, a osa szybko wyruszała po nową. Według opisów Odynerus poluje na larwy małych motyli, rośliniarek, stonek i ryjkowców. Podczas swoich obserwacji widziałem je głównie z małymi, zielonymi gąsienicami, wyglądającymi na motyle. Muszę przyznać, że bardzo mnie ucieszyło spotkanie z nowymi gatunkami bolic. Ich domki wyglądają wspaniale, a same owady są bardzo ciekawe i – jak większość samotniczych os – nieagresywne i sympatyczne.

W ogrodowych domkach dla owadów z bolicami z rodzaju Odynerus mieszkają ich kuzynki – bolice z rodzaju Symmorphus. Te drugie znane są już z niejednego wpisu na tej stronie. To także główni lokatorzy moich balkonowych domków. Z wyglądu bardzo podobne, nie budują jednak żadnych wysmakowanych konstrukcji. Wystarczy im otwór w glinie albo trzcinowa rurka, do której znoszą głównie larwy stonek, składają w kilku komórkach jaja, a następnie zamurowują całość czym się da. Jeżeli chodzi o te larwy stonek, to bolice są niezwykle wybredne. Mój balkon w całości zasypany jest kulkami gliny wyrzucanymi z gniazd oraz półżywymi larwami stonek, które nie spełniły kryteriów jakości i zostały wyrzucone przed złożeniem w gnieździe. W Ogrodzie Symmorphusów było mniej. Niestety, brak zabezpieczeń w domkach powoduje, że większość zasiedlanych przez nie rurek ląduje w trawie. Kolejną fajną mieszkanką wieżowca dla owadów była makatka zbójnica (Anthidium manicatum), o której łobuzerskim charakterze też już tutaj pisałem. Makatki gniazdowały wyłącznie w otworach wywierconych w drewnie i zachowywały się bardzo spokojnie. Prawdopodobnie dlatego, że były to samice, a nie broniące terytorium samce. Niestety, jak to makatki, były bardzo szybkie i można było zaobserwować jedynie brzęczące lądowanie i szybkie zniknięcie w gnieździe. Listę lokatorów domków uzupełniały jeszcze smukłe pszczółki kilku gatunków i różnej wielkości. Całe to towarzystwo żyło ze sobą w zgodzie i tylko od czasu do czasu wybuchały krótkotrwałe bójki.

Tam gdzie gnieżdżą się błonkówki, nie brakuje oczywiście wszelkiego rodzaju pasożytów gniazdowych. Zdecydowanie najpiękniejszymi z nich są złotolitki. Te małe błonkówki przypominają różnokolorowe klejnoty błyszczące w promieniach słonecznych. Niestety, prawie zawsze są w ruchu, a do tego zachowują wzmożoną czujność. To akurat nie dziwi – celem ich życia jest wtargnięcie do cudzego gniazda i podrzucenie w nim własnego jaja. Prawowici właściciele nie są tym zachwyceni i atakują bez wahania każdą napotkaną złotolitkę, także poza gniazdem. W praktyce wygląda to tak, że te małe owady przemieszczają się biegiem pomiędzy otworami w domku dla owadów, do tego cały czas kluczą, zmieniając cel wędrówki. W przypadku najmniejszego zagrożenie – pojawienia się lecącego owada albo zbliżającego się obiektywu – od razu podrywają się do lotu, lądują kawałek dalej i zaczynają swoje irytyjące dla fotografa biegi od nowa. Jedynie kiedy słońce zajdzie za chmury i obniży się temperatura, stają się nieco mniej aktywne. Co w ich przypadku oznacza tylko 85% adhd. Nieraz zdarza się moment, kiedy na coś czekają – na przykład zauważyły inną błonkówkę, która weszła do własnego gniazda i teraz czają się pod nim czekając, aż odleci, żeby móc się do niego dostać. W takich chwilach istnieje minimalna szansa zrobienia im zdjęcia. Oczywiście to, że czekają nie oznacza, że straciły czujność. Jeden ruch za dużo obiektywem i na zdjęciu mamy pięknie rozmazaną, kolorową smugę.

Z identyfikacją złotolitek sprawa jest banalnie prosta. Jeżeli nie jesteś specjalistą w tej dziedzinie, który studiował te owady przez długie lata, nie masz okazu, albo chociaż zdjęcia jakości mikroskopowej – po prostu nawet nie próbuj. W Polsce mamy obecnie około 100 gatunków złotolitek. Różnią się one wielkością i przede wszystkim ubarwieniem, które jednak może być zmienne. Do identyfikacji potrzebne będą więc takie mikroskopijne szczegóły jak kolce na odnóżach, wgłębienia w pancerzyku czy ząbki na końcu odwłoka. W czasie moich obserwacji przy domkach zauważyłem co najmniej trzy gatunki, różniące się diametralnie ubarwieniem. Pierwszy z nich był bardzo rzadki – widziałem może ze dwóch-trzech przedstawicieli. Smukły owad, ubarwiony w pięknych odcieniach niebiesko-zielonych ze złotymi akcentami. Jeżeli miałbym strzelać, to stawiałbym na złotolitkę malachitową (Chrysis iris). Ubarwienie się zgadzało, ostatni tergit był niebieski, a co najważniejsze błonkówka ta pasożytuje na przedstawicielach Symmorphus, których gniazd nie brakowało w domku. Na podobnej zasadzie mogę zaryzykować identyfikację drugiego gatunku, tym razem niebiesko-czerwonego z zielono-złotymi akcentami. Było ich w domkach więcej, ale były przy tym mniejsze i niesamowicie ruchliwe. Wyglądały mi na złotolitkę bolicówkę (Chrysis viridula), która składa jaja w gniazdach bolic Odynerus melanocephalus, Odynerus spinipes i Odynerus reniformis, a więc gatunków budujących kranikowe konstrukcje. Ostatni gatunek był najliczniejszy. Niebiesko-zielona głowa i tułów, czerwono-złoty odwłok. Spory owad, bardzo liczny i bezustannie penetrujący otoczenie. Ubarwieniem pasował do wielu różnych złotolitek, różnice leżały w szczegółach, więc przy zdjęciu tej jakości nawet nie będę wygłupiał się z próbą identyfikacji. Najważniejsze było to, że złotolitki występowały licznie i były zróżnicowane, a to bardzo cieszy, bo są to jedne z naszych najpiękniejszych owadów.

Jak w każdym wieżowcu, tak i tutaj stopniowo pojawiali się kolejni lokatorzy i goście. Wśród nich trafiła się moja ulubiona bujanka czyli Anthrax anthrax, która jest pasożytem gniazdowym pszczół z rodzaju Osmia. Te piękne, smoliście czarne bujanki pojawiają się regularnie w domkach dla owadów na terenie Łódzkiego Ogrodu Botanicznego. Łatwo je zauważyć na tle jasnych powierzchni, nie są też przesadnie płochliwe. Z łatwością można obserwować ich zachowania, wygrzewanie się na słońcu, szczególnie lot w poszukiwaniu gniazda do spasożytowania. Przy tej okazji warto wspomnieć o różnych sposobach latania. Błonkówki dolatują do domku, zatrzymują się w powietrzu w pewnej odległości, a następnie wahają się na boki, zmieniając płaszczyznę. Te wahania są gwałtowne, szarpane, przypominają przyspieszający i hamujący tramwaj, który prowadzi jakiś pijany motorniczy. Zupełnie inaczej wygląda to u Anthraxa. Schemat lotu jest podobny, z bocznymi wahaniami, ale jego technika diametralnie różna. Lot bujanki jest… aksamitny. Delikatnie płynie w powietrzu, manewry są płynne, chociaż równie precyzyjne. Od patrzenia na lot błonkówek mózg zaczyna obijać się o ściany czaszki, lot bujanki wycisza i koi. Oczywiście inne zdanie mogą mieć na ten temat larwy pszczół zjadane przez larwy Anthraxa, ale to już zupełnie inna historia.

Oczywiście z biegiem czasu pojawiały się kolejne bezkręgowce. Wpadło kilka gatunków innych, pasożytniczych muchówek, ale nie zagrzały miejsca na długo. Było sporo małych i smukłych błonkówek, które również ewidentnie myślały o dostaniu się do nie swoich mieszkań. Udało mi się sfotografować jedną z nich, inne były zbyt małe i zbyt szybkie, żeby w ogóle próbować. W tle latało sporo ważek, ale nie interesowały się domkiem, ani jego mieszkańcami. Wreszcie pojawił się też pająk – piękny skakun. Jak to zwykle bywa w tym przypadku, swoje niewielkie rozmiary nadrabiał pewnością siebie i nieograniczoną niczym odwagą. Skakuny mają świetny wzrok i są niezwykle inteligentne. Oczywiście nie dla tego, że czytują “Scientific American” i prowadzą konwersacje na temat ontologicznej istoty wszechświata, tylko dlatego, że są w stanie na bieżąco dostosowywać swoją strategię w czasie polowania. Obserwowanie skakunów w czasie polowania zawsze sprawia mi ogromną przyjemność, szczerze podziwiam to, jak bez wahania rzucają się na o wiele większą ofiarę i jak umieją ją podejść na różne sposoby. Tym razem jednak ofiar nie było. Skakun przespacerował się po całym domku w tę i z powrotem krokiem właściciela, a potem zniknął na jego tylnej powierzchni.

W ciągu tych kilku obserwacji spędziłem przy domkach niemało godzin. Było warto. Ich mieszkańcy są niezwykle ciekawi, zgromadzony materiał będzie oczywiście stanowił bazę do poszukiwań w internecie i dalszych studiów. Poza tym, jak to zwykle w Ogrodzie bywa, obcowanie z naturą i poznawanie jej sekretów było dla mnie ogromną przyjemnością. Domki będę odwiedzał regularnie, zobaczymy jakie kolejne gatunki pojawią się w nich wraz z upływem kolejnych miesięcy. Jedyne, czego żałuję to to, że w moich balkonowych domkach nie gnieżdżą się bolice budujące “kraniki”. Ale kto wie, może kiedyś się pojawią? Mam już pomysł, jak przygotować dla nich odpowiednie warunki. Potrzebuję tylko kilku desek oraz sporej ilości gliny…

Jeżeli podoba Ci się ten wpis… Postaw mi kawę na buycoffee.to …postaw mi kawę! Dziękuję serdecznie 😉

 

  2 komentarze to “Nasz wspólny domek”

  1. Niezły wpis. I ciężki do zilustrowania. Ja osobiście nie wytrzymałbym tych dziwnych pozycji przy robieniu zdjęć! Ale kto giętkiemu zabroni! 😉

    • Jakiś czas temu kupiłem sobie stołek wędkarski. Trójnożny, z tkaniną, mały i lekki. Idealnie się nadaje do rozstawienia przed domkiem i czatowania w komfortowych warunkach. Problem polega na tym, że jeszcze nigdy go nie zabrałem w teren 🙂

 Leave a Reply

(required)

(required)