Cze 182020
 
Powracamy na poligon w towarzystwie ducha radzieckich naukowców i przyrodniczego sadyzmu. Spotkamy owady, które kopią dołki pod innymi owadami, te które grają za kominem, oraz inne – wierzące, że dzieci-wegetarianie nie mają przyszłości. Wszystko to pod błękitnym niebem i z udziałem młodego czołgisty.

Niecały rok temu pisałem na tej stronie o moim pierwszym w życiu spotkaniu z mrówkolwem (Myrmeleon formicarius). Zrobiłem wtedy kilka zdjęć osobnikowi dorosłemu, ale nadal nie widziałem larwy. Korzystając z wizyty na poligonie postanowiłem na nią zapolować. Teren jest dosyć zróżnicowany, od lasków złożonych z różnych gatunków drzew, przez przesuszone łąki z piaszczystymi skarpami i pagórkami, aż po dość duże łachy czystego piasku. Mrówkolwy, a właściwie ich larwy, zasiedlają właśnie te śródleśne “wydmy”. Teren dzielą z licznymi gatunkami błonkówek, muchówek i chrząszczy. Oraz rzucającymi w krzaki puste puszki po piwie baranami. Na miejscu zrobiłem kilka próbnych okrążeń i już po chwili natknąłem się na charakterystyczne lejki utworzone w piasku. Czytając opisy pułapek mrówkolwów spodziewałem się czegoś innego. Miał być lejek, a na jego dnie larwa zaopatrzona w ogromne szczęki i czyhająca na ofiarę. Z jakichś powodów wydawało mi się, że powinny one, wraz z głową (oczy!) wystawać ponad powierzchnię piasku. Tak jednak nie było. Owszem, były lejki, w całkiem dobrym stanie, okrągłe i pochyłe. Jednak na ich dnie nie było nic. Przez chwilę myślałem nawet, że to po prostu opuszczone pułapki, które jeszcze nie poddały się erozji. Ciekawość przyrodnicza oczywiście zwyciężyła. Wziąłem małe źdźbło trawy i zacząłem miziać brzeg lejka, tak że osypywała się z niego mała lawina ziarenek piasku. Przez sekundę nic się nie działo, a zaraz potem zaczęła się akcja. Na dnie pułapki coś eksplodowało fontanną piasku, która poleciała w stronę mojej trawki. Po chwili kolejny strumień ziarenek poszybował gwałtownie w trochę innym kierunku. I kolejny, i kolejny. Wyglądało to jak ostrzał prowadzony w różnych kierunkach, w obrębie całego lejka. Niestety, żadna ofiara nie stoczyła się na dno. Zawiedziony mrówkolew przerwał natarcie, a ja też przestałem go drażnić. I co, czy to już koniec przygody? Oczywiście, że nie. Zawisłem nad obszarem dobrze nasyconym dołkami i zacząłem czekać na jakieś ofiary. Po chwili na brzegu jednej z pułapek pojawiła się niewielka mrówka. Pokręciła się trochę w pobliżu, po czym bardzo nierozważnie weszła na pochyłą ściankę i zaczęła się ślizgać. Na dół potoczyły się ziarenka piasku i w tym samym momencie gwałtowny strumień kamieni wystrzelił z dna lejka i uderzył w mrówkę. Ta straciła równowagę i stoczyła się niezdarnie. Po czym… zniknęła. Akcja była tak szybka, że właściwie niczego nie udało mi się zobaczyć. Była mrówka, nastąpił rozmazany ruch, nie było mrówki. Podobną scenę widziałem kilkukrotnie. Ofiarami były przeważnie mrówki, ale zdarzyły się też inne małe bezkręgowce, na przykład chrząszcze i pluskwiaki. Nie widziałem polowania na owady aktywnie latające, ale wydaje mi się, że i taka ofiara może być schwytana, o ile pierwszy wyrzut piasku trafi ją na tyle skutecznie, że spadnie na dno pułapki.

Jeżeli w XXI wieku obserwujemy jakieś ciekawe zjawisko przyrodnicze, możemy spokojnie założyć, że zostało ono już dokładnie opisane, wymierzone, rozebrane na elementy pierwsze i zanalizowane pod każdym możliwym kątem. Nie inaczej było tym razem. Znalazłem arcyciekawą pracę dotyczącą technicznych aspektów wykrywania ofiar i polowania mrówkolwa pospolitego (Myrmeleon formkarius) [1]. Przy jej lekturze przypomniał mi się stary dowcip o radzieckich naukowcach, który bardzo mnie bawił w podstawówce, a obecnie przestał, ponieważ… sami zresztą zobaczycie. Radzieccy naukowcy złapali muchę. Postanowili przeprowadzić badania jej narządu słuchu. W tym celu urwali jej nogę i rzekli – mucha idź! I mucha poszła. Eksperyment przeprowadzali cyklicznie wyrywając owadowi kolejne nogi. Za każdym razem mucha szła. Kiedy ostatnia noga oddzieliła się od ciała, mucha przestała chodzić. Radzieccy naukowcy wysnuli wniosek – po urwaniu wszystkich nóg, mucha straciła słuch. Haha, naprawdę zabawne, aż do chwili kiedy przeczytałem to zdanie – “[…] Removal of all the legs in M.formicarius demonstrated that the critical vibroreceptors are not positioned in them […]“. Bingo, duch radzieckich eksperymentatorów wiecznie żywy! Dodatkowo, oprócz wyrwania nóg, autorzy pracy zamalowali larwie farbą oczy. Wiem co myślicie – ja też żałuję, że nie jestem naukowcem.

Ale poważnie – badania były bardzo ciekawe i udowodniły, że larwa mrówkolwa przy polowaniu polega głównie na receptorach drgań umieszczonych w tułowiu. Częścią eksperymentu było też zakrycie oczu owada. Jak się okazało, nie przeszkodziło to w skutecznym wykrywaniu zdobyczy. W zależności od rozmiarów i ciężaru ofiary jest ona wykrywana z bliższej lub dalszej odległości, w zakresie do 6-8 centymetrów od centrum pułapki. Drgania powodują przejście mrówkolwa do stanu gotowości do polowania – larwa unosi i rozwiera swoje żuwaczki, zaczyna też wyrzucać piasek w kierunku, z którego zbliża się potencjalna zdobycz. Jednocześnie zaczyna cyklicznie zatrzaskiwać swoje “szczęki”. Owad, który wpadnie na dno lejka zostaje w nie pochwycony. Budowa żuwaczek umożliwia złapanie i skuteczne przytrzymanie posiłku. Obezwładniona ofiara zostaje następnie “wypita” przez napastnika. Nie byłbym sobą, gdybym przy okazji nie przeprowadził własnego eksperymentu. Ponieważ i tak musiałem wygrzebać z piasku jedną z larw w celu dokładnego sfotografowania, postanowiłem sprawdzić, co się stanie przy konfrontacji mrówkolew kontra mrówkolew. W tym celu zepchnąłem larwę na dno pobliskiej pułapki. Jej właściciel nie zareagował, natomiast ofiara mojej przemocy błyskawicznie i bezbłędnie oceniła sytuację. Jej reakcją było odwrócenie się przodem w stronę centrum pułapki, a następnie bardzo szybkie wycofanie się na jej brzeg. Eksperyment powtórzyłem na kilku lejkach, za każdym razem wynik był identyczny. Właściciele pułapek nie reagowali – ciekawe, czy potrafili rozpoznać, jakiego rodzaju zdobycz wpadła do pułapki i oceniali, że nie opłaca im się ryzykować życiem konfrontacji? Według badań ze wspomnianego artykułu mrówkolwy potrafią prawdopodobnie rozpoznać drgania powstałe przy budowie pułapek przez sąsiadujące z nimi larwy. Być może są w stanie na tej podstawie rozpoznać i swoich pobratymców? Tak czy inaczej, po kilku próbach dałem spokój “mojemu” owadowi. Gdybyście chcieli poszerzyć wiedzę na temat tych bardzo ciekawych stworzeń, to polecam kilka artykułów na ich temat, wymienionych na końcu wpisu. Szczególnie [4] zasługuje na uwagę i wielkie brawa – to szczegółowe kompendium dotyczące rozpoznawania larw mrówkolwów żyjących na terenie Europy.

Pułapki mrówkolwów są rozmieszczone na dosyć dużym obszarze, miejscami dość blisko siebie. Niestety, piaszczyste tereny dawnego poligonu są również nie lada atrakcją dla różnych fanów motocykli i quadów. Część obszaru jest częścią użytków ekologicznych, ale nie przeszkadza to w ich regularnym rozjeżdżaniu i dewastowaniu. Wiadomo, nikt poważny nie wygoni motocyklisty, bo ten rozjeżdża jakieś tam robaki. Poligon jest siedliskiem wielu wyjątkowych i podlegających ochronie gatunków, ale pewnie już niedługo. Obszar jest rozległy i atrakcyjny, więc niebawem skończy jako baza pod budowę bloczków albo marketu. Ostatecznie jako wybetonowany co do centymetra park.

Po kilku dniach wróciłem w to samo miejsce z moim potomkiem, w celu pokazania mrówkolwa i jego działań kulinarnych. Czasem takie prezentacje są w stanie atrakcyjnością pokonać nawet jutuberów grających w grę – i na to liczyłem w tym przypadku. Okazało się, że miałem rację. Po początkowej fazie wyczerpania (daleko jeszcze?) i cierpiętniczej minie (co ja robię tyle kilometrów od komputera?), nagle coś zaskoczyło. Zajęliśmy się wspólnym szukaniem pułapek, drażnieniem ich lokatorów za pomocą lawin piasku wywołanych źdźbłem trawy oraz czatowaniem na gapowate owady, które same pchały się do lejków. Widzieliśmy rzeczy, których nie da się zobaczyć na Youtube! I więcej – mogliśmy w tych rzeczach bezpośrednio uczestniczyć, a nawet mieć na nie wpływ. Michał nabrał wiatru w żagle, sam zaczął wynajdywać kolejne gatunki. Krążyliśmy od jednej kupy piachu do innej, od krzaka do drzewa, od sterty starych cegieł, do zmurszałego pniaka. Wszędzie czekało na nas coś ciekawego. Znaleźliśmy wiele muchówek, błonkówek, pająków i chrząszczy. Wśród nich trafił się piękny i całkiem rzadki gatunek – rogatnica (Cerocoma schaefferi) – który znajduje się na Czerwonej Liście z kategorią DD. Wreszcie mogłem odpocząć od słuchania, który czołg na ósmym tierze warto grindować i dlaczego francuskie kołowe pojazdy EBR są OP (jakbym sam nie wiedział, gram w tę grę kilka lat dłużej od mojego syna).

Cicindela hybrida Cerocoma schaefferi Rhinocoris iracundus
Bombylius posticus Cerocoma schaefferi Exhyalanthrax afer

W pewnym momencie szliśmy sobie piaszczystą ścieżką. Ja gapiłem się po jej brzegach, skanując obszar w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Pewnie wyglądałem jak bojowy robot z filmu s-f – bzzzzzzt! wzrok od lewej do prawej, bzzzzzt! głowa 5 stopni wyżej, bzzzzzzt! od prawej do lewej, i tak w kółko. Nagle mój syn wyrwał mnie z zamyślenia i pokazał coś zielono-czarnego, biegnącego po ścieżce. Zbliżyliśmy się i grubsze-zielone zostało, a chude czarno-czerwone uciekło. Była to oczywiście szczerklina piaskowa (Ammophila sabulosa) ze złowioną ofiarą. Ten owad występuje stosunkowo powszechnie i jest nawet dość dobrze rozpoznawalny przez ludzi nie związanych z przyrodą – pewnie prawie każdy kiedyś go widział. Szczerkliny należą do rodziny grzebaczowatych. Często można je spotkać na kwitnących roślinach oraz na piaszczystych terenach, gdzie samice zakładają gniazda. Z fotograficznego punktu widzenia są bardzo ciężkimi przeciwnikami. Ciągle gdzieś biegną, zatrzymują się na sekundę, by w chwilę potem odlecieć metr dalej. Przy tym są dość nieśmiałem i trudno je podejść. Najlepsza okazja, to znalezienie samicy z upolowaną gąsienicą motyla z rodziny sówkowatych (Noctuidae). I na taki moment trafiliśmy na poligonie. Zapłodniona samica szczerkliny wykopała gniazdo, znalazła ofiarę, złapała ją, a potem precyzyjnie użądliła w okolicach gardła. Sparaliżowany zasób (uwielbiam to corpo-słowo) został odwrócony brzuchem do góry i transportowany w pobliże gniazda. W tym momencie pojawiliśmy się my, wytrącając owada z równowagi. Szczerklina uciekła, gąsienica z głupią miną leży na piasku, a my czekamy. Jednak, jeśli masz 13 lat czekanie na coś dłużej niż 10 sekund wydaje się nieakceptowalną wiecznością. Po jakichś 7 sekundach mój syn znudził się i poszedł szukać czegoś, co zapewni więcej akcji. Ja znudziłem się po 2 minutach, ale dobrze wiedziałem, że nasza bohaterka wróci. Zostawienie zdobyczy, którą znalazła i upolowała z takim trudem byłoby absolutnie nielogiczne i niepraktyczne. Odszedłem kilka kroków dalej, bo moją uwagę przykuła wielka kłoda drewna. Zachowuję się w przewidywalny sposób – jeśli widzę wielką kłodę drewna, to do niej podchodzę i ją odwracam, bo jestem ciekaw, co jest pod spodem. Zawsze coś jest. I tak było tym razem – ale o tym za chwilę. Po jakimś czasie szczerklina oczywiście powróciła do gąsienicy, złapała ją pod głową swoimi wielkimi żuwaczkami i zaczęła ciągnąć po piasku. Różnica w wielkości jest ogromna. Trudno uwierzyć, że coś tak chudego i delikatnego jest w stanie podnieść takiego tłuściocha. Wysiłek było widać gołym okiem. Błonkówka ciągnęła po piasku swoją zdobycz, potem przystawała na chwilę i zaczynała znowu. W dodatku robiła to, co robi w tej sytuacji większość grzebaczy – starała się zmylić potencjalnych napastników. Wykopanie gniazda i zdobycie ofiar wymaga ogromnej ilości czasu (nawet 10 godzin), głupotą było by dotarcie do celu prostą drogą i zaproszenie napastników do środka. A tych nie brakuje. Szczerklina musi obawiać się nie tylko kleptopasożytniczych muchówek i błonkówek, ale nawet innych samic swojego gatunku. Często zdarza się, że zostawiona na chwilę gąsienica pada łupem takiej właśnie sprytnej i leniwej konkurentki. W dodatku możliwe też jest najechanie przez nią gniazda, w którym niszczy złożone jajo prawowitej właścicielki i składa swoje. Trochę ryzykowny, ale bardzo opłacalny energetycznie sposób. Nasza szczerklina wróciła wreszcie w okolice gniazda, odkopała wejście, szybko zniknęła w środku z tłustą ofiarą, wróciła, zamaskowała norkę i odleciała. Oglądanie grzebaczy przy pracy nigdy mi się nie znudzi. Polowanie, transport ofiar, działania pozorujące i maskujące – mogę na nie patrzeć bez końca i za każdym razem dostrzegać coś nowego. Dzisiaj tylko zasygnalizowałem ten temat, bo o grzebaczach mam zamiar napisać niedługo oddzielny wpis. A dla ciekawych mały wstęp na początek w postaci artykułu [6].

Tymczasem wracamy do interludium, w czasie którego znudziłem się szczerkliną i przewracałem wielką kłodę. Była naprawdę solidna i musiałem się trochę naprężyć, żeby w końcu ją odwrócić. Kiedy padała w nowym miejscu, coś szybko wyleciało i schowało się w trawie – jakieś rozmyte kształty, brązowawe i szybkie. Duże całkiem. Na pierwszy rzut oka myślałem, że to myszy. Przy drugim podejściu obracałem kłodę wolniej. Były tam. Siedziały wśród trawy, trzy czy cztery. Początkowo nie kojarzyłem, co ja właściwie widzę. Potem do mnie dotarło – to były świerszcze polne (Gryllus campestris). Widziałem je pierwszy raz w życiu – i nic w tym dziwnego, bo to bardzo płochliwe i skryte owady. Żyją w wykopanych przez siebie norkach, przed które wychodzą by nawoływać samice. Większość ludzi pewnie słyszała na łące świerszczowe granie. Natomiast zobaczyć je – o, to już zupełnie co innego. Wolno, żeby ich nie spłoszyć, przysunąłem aparat i zrobiłem ostrożnie pierwszą serię zdjęć. Potem drugą, już bliżej. A kiedy było wiadomo, że mam je dobrze udokumentowane zastanowiłem się, co dalej. Oczywiście można by takiego świerszcza złapać. Po co? Choćby po to, żeby go dokładnie obejrzeć z każdej strony. Wyjąłem niezawodny pojemnik po pomidorkach i chwilę później już przyglądaliśmy się siedzącemu w środku świerszczowi. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zabrać go na balkon, jednak dałem spokój. Odgłosy wydawane przez ten gatunek mają bardzo duże natężenie i trzymanie takiego śpiewaka pewnie nie spodobało by się moim sąsiadom. Od siebie dodam, że mam koleżankę, która trzyma na balkonie pojemnik z jakimś karmowym, egzotycznym gatunkiem tych owadów, właśnie w celach czysto muzycznych. Kiedy się siedzi wieczorem w bloku, na skraju własnego mieszkania, pod gwiaździstym niebem, wśród roślin, z zapalonymi lampkami i grającymi świerszczami – jest atmosfera. Tak to sobie przynajmniej wyobrażam. Po dokładnych oględzinach i sesji fotograficznej wypuściliśmy zwierzaka na wolność. Wraz ze swoimi towarzyszami schował się znów pod kłodę. My wróciliśmy do szczerkliny, a ponieważ wrażeń i zachwytów wystarczyło jak na jeden spacer, wkrótce powróciliśmy do świata bloków i włoskich czołgów prototypowych Progetto M35 mod.46.

Na zakończenie zmiana tematyki. Kolega Pozioma ostatnio sygnalizował, że nie ma samolotów. Racja, nie było ich, bo nadal w związku z pandemią, widać ich niewiele. W ciągu ostatnich tygodni trafiło się jednak kilka naprawdę ciekawych modeli i to o nich będzie następne kilka słów. W samym założeniu, robienie zdjęć samolotów nie różni się od robienia zdjęć owadów. W obu przypadkach jest to pogoń i polowanie. Chcesz złapać coś, czego jeszcze nigdy nie widziałeś, czego nie masz w swojej kolekcji. I tu, i tu nie jesteś niczego pewien. Wychodzisz na spacer i możesz wrócić ze zdjęciem owada, którego jeszcze nikt nie widział w tej części kraju. Albo robisz zdjęcie wojskowej maszynie, która prawdopodobnie nie przeleci nad twoim domem przez najbliższe 10 lat, a może i wcale. Ta nutka ryzyka i potencjalnej nagrody pociąga mnie w fotografii najbardziej. Oczywiście będzie zrozumiała dla wąskiego kręgu podobnych maniaków. 90% moich znajomych po obejrzeniu zdjęć owadów czy samolotów, z których zrobienia cieszyłem się jak dziecko powie – o, robak. Albo – o, samolot. Wróćmy do meritum. W pandemicznym okresie latało dużo transportów medycznych. Dzięki czemu widok Antonowów An-124 stał się czymś powszechnym. Także i ja zrobiłem im kilka zdjęć. Podobnie namnożyło się transportowych Jumbo Jetów – dorzuciłem kilka do swojej kolekcji. Pojawiły się nowe linie – takie jak na przykład chińska Juneyao. Przeleciał nad nami kilka razy słynny “Piłsudski” czyli nasz rządowy Boeing z wymalowanym na stateczniku pionowym Marszałkiem. Przyleciał rodzynek znad Afryki – transportowiec w barwach Ethiopian. Jednak najbardziej ucieszył mnie gość z Wielkiej Brytanni. Zobaczyłem go na radarze, leciał w stronę Łodzi. Niestety, na niebie kłębiły się chmury i nic nie zapowiadało rozpogodzenia. Poszedłem na balkon, przygotowałem aparat. Nie było szans na zdjęcie. Gapiłem się w miejsce między chmurami, gdzie ewentualnie mógłby lecieć. I nagle – jest! Zdążyłem wycelować i strzelić. Raz. Zdjęcie wyszło najlepiej, jak mogło w tych warunkach. Nie dość, że sam samolot widziałem po raz pierwszy – to British Aerospace 146 – to jeszcze jest on w barwach RAF-u, w dodatku w wersji VIP – do przewozu wojskowych najwyższego szczebla. Czysty fuks. I dla takich zdjęć – z historią i dreszczykiem, warto w ogóle zajmować się fotografią.

TF-ISP Icelandair Boeing 767 319ER/W
ET-AWE Ethiopian Cargo Boeing 777 F
HL7623 Korean Air Boeing 747 8B5F
0110 Polish Air Force Boeing 737 NG 800/W
ZE701 Royal Air Force BAe 146 CC.2
LX-VCL Cargolux Airlines Int. Boeing 747 8R7F
D-ALFA Lufthansa Cargo Boeing 777 FBT
B-207N Juneyao Airlines Boeing 787 9
UR82073 Antonov Airlines Antonov An-124 100

Literatura:

[1]https://www.researchgate.net/publication/286088051_Detection_of_substrate_vibrations_in_the_antlion_larva_Myrmeleon_formkarius_Neuroptera_Myrmeleonidae
[2]https://www.researchgate.net/publication/285837405_Rescue_behavior_shown_by_workers_of_Formica_sanguinea_Latr_F_fusca_L_and_F_cinerea_Mayr_Hymenoptera_Formicidae_in_response_to_their_nest_mates_caught_by_an_ant_lion_larva
[3]https://www.researchgate.net/publication/339043508_In_search_of_Myrmeleon_bore_Bavaria’s_rarest_neuropteran
[4]https://www.researchgate.net/publication/260035917_The_larvae_of_European_Myrmeleontidae_Neuroptera
[5]https://www.researchgate.net/publication/6846278_Efficiency_of_antlion_trap_construction
[6]https://www.researchgate.net/publication/233204322_Nest_provisioning_and_stinging_pattern_in_Ammophila_sabulosa_Hymenoptera_Sphecidae_Influence_of_prey_size

 

  4 komentarze to “Strzeż się lejka!”

  1. Uh! Mocny wpis! Tyle treści że zacząłem wczoraj wieczorem, a kończyłem dzisiaj w pracy. Dobra robota jak zwykle.
    A poligon to faktycznie taka biała plama na mapie, w tym roku byłem tam chyba pierwszy raz zatrzymując się na stare strzelnicy. Ale tam fajnie! Kupa ciekawych roślin, a w dodatku to ustrojstwo jest otoczone od tyłu bardzo stromą i wysoką skarpą z fajnym klimatem.

    • Racja. Ja też zacząłem tam regularnie jeździć dopiero w zeszłym roku. Pełno fajnych zwierzaków i terenów. Jak się pojedzie dalej na północ to jest jeszcze staw i fajne szuwary. Musimy się kiedyś wybrać na wyprawę robakowo-zielskową 🙂

  2. Fantastycznie opisana poligonowa wyprawa.Przeczytałem z ciekawością.Czytając opis obserwacji mrówkolwa oraz ataku szczerkliny na gąsienicę, odniosłem wrażenie jakbym oglądał film z Animal Planet.Gratuluję.

    • Dzięki Jacku! Warto się wybrać na poligon, bo jest tam pełno całkiem innych zwierzaków niż w Botaniku. Jedyny problem to dojazd – ja ostatnio głównie na rowerze tam jeżdżę.

Sorry, the comment form is closed at this time.