Kwi 122017
 
Osiołkowi w żłoby dano, w jednym owies, w drugim siano. Teraz wyobraźcie sobie w roli osiołka mnie – miłośnika szeroko pojętej geologii, a w roli żłobów Łódzkie Targi Interstone oferujące dwa razy w roku tysiące minerałów, skał, skamieniałości i wyrobów jubilerskich z całego świata.

Targi Interstone obchodzą właśnie swoje 25-cio lecie. Odbyły się po raz pięćdziesiąty i nie tracą nic ze swojej atrakcyjności. Co roku gromadzą wielu wystawców z Polski i innych krajów, pokazujących i oferujących nieprawdopodobną liczbę odmian skał znalezionych od Australii po Grenlandię. Ponieważ (jak zwykle) chodziłem po Interstone kilka godzin nie mogąc wyjść i narobiłem wiele zdjęć, relację podzieliłem na dwie części. Dzisiaj będzie tylko paleontologia.

Moja przygoda z paleontologią rozpoczęła się we wczesnym dzieciństwie. Nie pamiętam co było pierwsze? Krzemienie ze pancerzykami okrzemek? Sulejowskie wapienie z odciskami muszli? A może jakieś bursztyny z bałtyckiej plaży z zatopionymi fragmentami roślin? Trudno powiedzieć, wiem tylko, że miałem wtedy kilka lat i kiedy znalazłem swoją pierwszą skamieniałość doznałem olśnienia. Zdumiało mnie to, że coś było kiedyś żywe, a teraz jest w kamieniu. Mgliście zdawałem sobie sprawę, że musi to być bardzo stare – pewnie ma sto lat albo może więcej. W dodatku rozpaliła się we mnie jakaś iskra, która płonie do dziś, i która za każdym razem kiedy widzę nowy kamień, zmusza mnie do szukania odpowiedzi, co to jest i skąd się wzięło?

Lata mijały, a mnie nie przechodziło – przeciwnie. Z wiekiem dostałem prawdziwego hopla na punkcie dinozaurów i wszelkich odległych w czasie form życia – amonitów, trylobitów, belemnitów. Z wypiekami na twarzy śledziłem każdy program telewizyjny na ich temat, czytałem wszystkie książki o nich, jakie wpadły mi w ręce. A nie było to łatwe. Starsi czytelnicy pewnie pamiętają, że w latach 80-tych książek w księgarniach nie było. A przynajmniej nie było tych ciekawszych. Na książki się polowało, stało się po nie w kolejkach i traktowało jak najcenniejszy skarb. Mając chyba 9 czy 10 lat napotkałem w osiedlowej bibliotece prawdziwy Święty Graal – książkę Spinara i Buriana„Zanim pojawił się człowiek”. Niestety, ze względu na swą wartość i format, nie można było wypożyczyć jej do domu. Długie godziny spędzałem w czytelni podziwiając wspaniałe ilustracje dawno wymarłych zwierząt. A potem wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł i po prostu przepisałem całą książkę do zeszytów. Pisząc te słowa patrzę na grzbiet tej jednej z moich ulubionych książek stojących na moim regale. Całe lata później udało mi się ją już normalnie kupić, a pewnie zeszyty z jej przepisaną treścią leżą jeszcze w jednej z moich szuflad.

Kilka lat później, może w piątej klasie szkoły podstawowej, wszedłem do księgarni i serce zabiło mi mocniej. Miałem niebywałe szczęście – na ladzie leżały „Podstawy paleontologii” Raupa i Stanleya. Wielka cegła dotycząca tylko i wyłącznie paleontologii! Kupiłem i od razu wróciłem do domu. Przeczytałem ją w kilka dni nie wszystko rozumiejąc – w końcu był to podręcznik akademicki – ale lektura sprawiła mi niesamowitą radość. Nie mówiąc już o tym, że na okładce był prawdziwy trylobit! Moje blokowisko rozrastało się w tamtym czasie, wszędzie były kupy piachu ze żwirowni pełne ciekawych kamieni do zbadania. Często zamiast grać w piłkę czy bawić się z chłopakami w chowanego na budowie, wolałem grzebać w piasku i powiększać swoją kolekcję paleontologiczną. Moim kolejnym paleontologicznym kamieniem milowym było Łódzkie Muzeum Przyrodnicze. Moje osobiste miejsce kultu, o którym na pewno napiszę więcej, a w którym spędziłem w dzieciństwie niezliczone godziny. W muzeum oprócz innych kolekcji była też część poświęcona wymarłym gatunkom, którą mogłem oglądać w kółko, codziennie, miesiąc za miesiącem. Paleontologia pozostała moim hobby do dzisiaj, z czego się zresztą bardzo cieszę. Jeżeli będę szedł przez osiedle i zobaczę nową kupę piachu nie ma możliwości, żebym do niej nie skręcił i nie sprawdził, czy nie zawiera ciekawych kamieni. Podobnie każda polna droga, leśne osuwisko piasku, czy nadrzeczna plaża. Każde miejsce jest odpowiednie i może zawierać coś ciekawego.

Przechodząc do sedna, czyli Targów Interstone. To raj dla miłośników paleontologii. Okazy znajdowane przez ludzi na całym świecie, zgromadzone w jednym miejscu, blisko siebie. Skamieniałe zęby rekina, amonity, belemnity, trylobity, jeżowce, liliowce, fragmenty zębów i kości… aż do wielkich kłów mamuta czy zębów nosorożców. Jest tu wszystko, a w dodatku wszystko można kupić. I tu zaczyna się problem, nie tylko finansowy. Najprościej byłoby oczywiście kupić wszystko. Ale niestety się nie da. Trzeba coś wybrać. Dlatego krąży się po Interstone kilka godzin. Rozmawia z licznie spotkanymi znajomymi, których interesuje to samo. Rozmawia ze sprzedawcami. Wybiera. Ogląda. Fotografuje. W końcu kupuje. Jedno. Drugie. Trzecie. No dobra, koniec. Ale zaraz – może jeszcze to. No i tamto. Tamto koniecznie. Ok, wychodzimy. Chwila! Przegapiłem jeszcze ten rząd. To może kupię jeszcze to. I to obok. A to, co to takie tanie? Przecież nie można nie kupić… Zaraz od ciężaru urwie mi się torba. Nieważne, jakoś doniosę. To na koniec jeszcze może to? Już naprawdę ostatnie. Chyba, że…

Do zobaczenia w październiku na następnej edycji Interstone!

  11 komentarzy to “Osiołkowi…”

  1. Kupiłbym zęba należącego do Carcharodon megalodon, ile takie cudo kosztuje? Nie ma obaw o podróbki?

    • Nie pamiętam dokładnej ceny. Ze 20-30 zł? Podróbek chyba nie ma zbyt wielu, ludzie wystawiają tam od lat i większość z nich sama jeździ po świecie i zbiera te artefakty 🙂

  2. Imponujące…! A ile kosztują kły mamuta?

    • Hmmm, nie wiem 🙂 Podejrzewam, że cena jest do indywidualnych negocjacji, no i pewnie zaczyna się od kilku tysięcy. Nie pytałem, bo nie chcę mieć kła mamuta w domu. Bo nie 🙂

  3. Niewielkie, ale ciekawe zbiory można obejrzeć w Katedrze Gleboznawstwa naszego UWM. Kiedyś był tam nawet kieł szablozębnego, ale niestety zniknął. Tak swoją drogą paleontologia, to obecnie niezły interes. Polecam reportaż o kłusownikach zajmujących się pozyskiwaniem skamielin na Syberii, w tym głownie ciosów mamutów: http://fotoblogia.pl/9768,fotograf-spedzil-3-tygodnie-z-klusownikami-mamutow

    • Fascynująca relacja. Jednocześnie bardzo smutna – człowiek wszystko wygrzebie, zniszczy i sprzeda, żeby tylko zarobić. Nie myśląc ani chwili o przyszłości. Ale skoro jeden kieł to równowartość pięcioletnich zarobków, to trudno dziwić się tym kłusownikom…

  4. Rozgwiazdowate stwory podobają mi się najbardziej, ale za drogie. O, w takim razie krewetkę bym sobie chętnie kupiła. Albo rybkę. 🙂
    Świetne te targi, nie miałam pojęcia, że ludzie są w posiadaniu tylu niesamowitych skamieniałości.

    • Ja wziąłem trylobita na cześć mojej wieloletniej nimi fascynacji 🙂 Rybek spory wybór był, w różnych rozmiarach i gatunkach. A, i jeszcze takie fajne, okrągłe pudełko z pokrywką kupiłem, cięte z jednego kawałka szarej skały zawierającej skamieniałości. Rewelacyjnie wygląda.

      • Pudełko z jednego kawałka skały samo w sobie musi świetnie wyglądać, a ze skamieniałościami to już w ogóle hoho. 🙂
        Od Twojego poprzedniego wpisu wciąż się zastanawiam, jakim cudem w swoim długim życiu nigdy nie słyszałam o belemnitach. O trylobitach owszem. I o amonitach. A o belemnitach nie.

  5. Od dziecka każdy znaleziony belemnit wywoływał u mnie jakąś niepojętą radochę i jednocześnie irytację, bo wszyscy bez wyjątku uważali, że to piorun, który uderzył w piach :))) Pasję podziwiam, choć wolę jak coś się … rusza :)))

    • Witamy w klubie zbieraczy belemnitów 🙂 Znam dobrze to uczucie 🙂 Ruszające się rzeczy mają przewagę, ale takie np. owady w bursztynie – mmmmm, też są gites.

 Leave a Reply

(required)

(required)