Maj 072018
 
Każda wizyta w Łódzkim Ogrodzie Botanicznym uświadamia mi, jak mało wiem. W ten weekend do parteru sprowadziły mnie muchy. Będzie o nich i o sposobach na błyskotliwe pochwalenie się swoją niewiedzą. Nie zabraknie kącika muzycznego – dzisiaj w specjalnym, maturalnym wydaniu.

Zanim przejdziemy do much, dwie anegdotki o tym, jak gładko wybrnąć z sytuacji, kiedy czegoś nie wiemy. Albo nie wiemy zgoła nic. Cofnijmy się do czasów licealnych. Lekcja biologii, wałkowaliśmy akurat przez jakiś czas dziedziczenie, Prawa Mendla, geny. Przy tablicy stoi, właśnie odpytywany, kolega Kuba, który miłośnikiem biologii zdecydowanie nie był. Nasza profesorka każe mu rozrysować na tablicy drzewko z dziedziczeniem cech u kwiatów czy innych muszek. Biedny Kuba po chwili zastanowienia wypala – Pani Profesor, o Prawach Mendla nie wiem nic, ale mogę narysować na tablicy liść klonu! Po czym ochoczo przystępuje do szkicowania, całkiem udanego, liścia.
Przenosimy się jakieś dwa lata do przodu. Uniwersytet Łódzki, jesteśmy na pierwszym roku prawa i właśnie mamy ćwiczenia z jakiegoś piekielnie trudnego przedmiotu, z niezwykle hermetycznym językiem i zespołem pojęciowym. Nie pamiętam, czy były to Logiczne podstawy prawoznawstwa czy coś innego, dość powiedzieć, że większość polskich studentów musiała się nieźle natrudzić, żeby zrozumieć i przyswoić wiadomości. O dziwo, wśród nas znajdował się prawdziwy, rodowity Etiopczyk – Berhanu K. Postać niezwykle barwna i interesująca, władająca w bardzo podstawowym zakresie językiem polskim. Tak się złożyło, że na celowniku prowadzącego zajęcia doktora znalazł się właśnie nasz afrykański koleżka. Doktor zamyślił się głęboko, po czym wygłosił pytanie. Pytanie, które sformuowane było w postaci zdania wielo-, ale to naprawdę wielokrotnie złożonego, zawierającego podstępy i haczyki, którego samo wyartykuowanie zajęło prowadzącemu dobre trzy minuty. Zastygliśmy, wytężając umysły. Po pierwsze, nad tym, co zrobi Berhanu? Po drugie, nad odpowiedzią, która wymagała niemałej biegłości oraz, sama w sobie, musiała mieć również postać zdania wielo-, ale to naprawdę wielokrotnie złożonego. Etiopczyk wysłuchał pytania bez śladów zmieszania czy strachu. Przyjął postawę swobodną, uśmiechnął się, po prostu wiedział, że już zwyciężył w tej konfrontacji. Po czym lapidarnie odpowiedział – “TAK”.

Weekendowe muchy sprawiły, że poczułem się jak Kuba i Berhanu w jednym. Było ich dużo, były bardzo ładne i ciekawe, ale nie wiedziałem o nich prawie nic. O niektórych coś mi się wydawało, że wiem, natomiast inne okazywały się czymś zupełnie odmiennym od tego, za co je wziąłem. Po długim i udanym spacerze usiadłem w domu do identyfikacji i okazało się, że nie jest to łatwe. Przejrzałem wiele różnych książek. Przejrzałem zawartość mojej osobistej pamięci. Wreszcie uruchomiłem Googla. I tu nastąpiła część najlepsza. Spróbujcie zadać tej wyszukiwarce jakiekolwiek pytanie, zawierające w sobie słowo “mucha”. Powodzenia. Po kilkunastu próbach marzyłem o tym, żeby ktoś wymyślił wyszukiwarkę ignorującą wszystkich celebrytów tego świata, szczególnie tych, o nazwiskach będących rzeczownikiem pospolitym. Po pewnym czasie poczyniłem jednak jakieś postępy, jak zwykle pomocne okazało się też Forum Entomologiczne (dzięki Avidal!). Wśród sfotografowanych muchówek dwie są poważnymi kandydatkami do tytułu Mojej Ulubionej Muchy (MUM). Pierwszą z nich wziąłem za moją dotychczasową ulubienicę – Hemipenthes morio. Patrzę – siedzi na dużym liściu. Charakterystyczne ułożenie skrzydełek, czarna, pokrój ogólny się zgadza – jak nic morio. Zrobiłem kilka zdjęć, bardziej z obowiązku, bo gatunek ten fotografowałem już dziesiątki razy. Tymczasem na komputerze okazało się, że nie jest to żadna H.morio tylko całkiem dla mnie nowy gatunek. Co prawda też zaliczająca się do bujanek, ale widziana po raz pierwszy muchówka o wdzięcznej nazwie Anthrax anthrax. Mucha ta ma bardzo ciekawy sposób rozrodu – jaja składa w gniazdach pszczół-samotnic. Larwy wylęgają się, zjadają larwę gospodarza, przepoczwarzają się – i już – są gotowe do rozpoczęcia kolejnego cyklu. Owada fotografowałem niedaleko licznie zbudowanych domków dla pszczół samotnic, więc jego obecność była tam całkiem zrozumiała. Ciekaw jestem, czy powiększy swoją populację na tym terenie. Druga kandydatka do tytułu MUM, to przepaśnica górska (Leucozona lucorum). Chociaż górska z nazwy, spotykana również na terenach nizinnych, w tym w naszym mieście. Fotografowałem ją już jakiś czas temu, ale widuję ją bardzo rzadko. Owad przepięknie ubarwiony, z elementami kolory rdzawego, białego i czarnego. W dodatku jej larwy żywią się mszycami (których nie cierpię) co jest dodatkowym plusem. Jednak najbardziej ujął mnie lot tego przedstawiciela Syrphidae. Jest to lot dystyngowany, arystokratyczny, aksamitny, można by rzec. Nie taki bezładny i gwałtowny jak u plebejskich gatunków. Ten lot sprawia, że aż chce się na niego patrzeć. Dwie kolejne muchówki to również przedstawiciele bzygowatych – Pipiza festiva oraz Dasysyrphus venustus. Oba oznaczenia są bardzo prawdopodobne, ale nie stuprocentowe, proszę więc nie polegać na nich do końca. Obie muchy są bardzo ładnie ubarwione, chociaż moim zdaniem wygrywa Pipiza. Czas wreszcie na całkiem odmienny gatunek. Kobyliczka pniowa (Rhagio scolopaceus) ma całkiem odmienną budowę ciała i obyczaje. Bardzo często spotykana jest na pniach, na których siedzi z głową skierowaną w dół. Z tego powodu nazywana jest po angielsku Downlooker snipefly (czyż to nie oczywiste?). Chociaż osobniki dorosłe żywią się głównie płynami pochodzenia roślinnego, ich larwy są drapieżne i polują na mniejsze bezkręgowce. Kolejne gatunki na zdjęciach są już bardziej pospolite i nie tak atrakcyjne, jak piątka opisana powyżej.

W piątek zaczęły się matury. Szedłem sobie naszą flagową ulicą Piotrkowską pełną kawiarnianych ogródków. Ogródki pełne były z kolei zaaferowanych maturzystów pijących piwo, śmiejących się i dzwoniących do rodziców. “Ta, była “Lalka“, jasne że o niej pisałam, ale wszyscy spodziewali się czego innego, więc nie wiem teraz jak poszło…”. Jak widać “Lalka” nie zawsze może oznaczać dobrą zabawę. Pod wpływem chwili przypomniałem sobie moje czasy wokółmaturalne i postanowiłem zrobić specjalną, moją-maturalną edycję kącika muzycznego. Ostatnio poruszałem się w niezwykle poważnych klimatach muzycznych, ale jest właściwie lato, pogoda nastraja optymistycznie i nie ma się co hamować. Dzisiejszy zestaw może być szokiem, ale ja wciąż słucham i cenię większość poniższych płyt. Zaczynamy od wizjonerów-elektroników z KLF. Nie był to właściwie zespół, a rotacyjny tłum muzyków, którym przewodzili Bill Drummond i Jimmy Cauty. Ich płytę z tamtego okresu – “The White Room” – nadal uważam za rewelację i dzieło, które wyprzedziło epokę. Muzycy nie ograniczali się zresztą do nagrywania płyt – byli wielkimi performerami-artystami, których największym dziełem było spalenie miliona funtów w banknotach. Pomyślcie o tym. “Joyride” to krok milowy w dyskografii szwedzkiego duetu Roxette. Mam wielką słabość do tego zespołu, kojarzy mi się z wieloma pozytywnymi momentami w moim życiu, a ich muzyka nadal się nie zestarzała. W okresie wydania tej płyty zespół był bardzo popularny i często grany w MTV Europe. A trzeba pamiętać, że były to inne czasy – nie było YouTube ani Spotify i to MTV dyktowało trendy. I jakie to było MTV! Prawdziwie muzyczne, rewelacyjne, pełne vj-ejów ikon. Paul King, Ray Cokes, Kristiane Backer, Simone Angel, Steve Blame, Pip Dann, Davina McCall… To była prawdziwa, muzyczna telewizja, której słuchał każdy, nie te pseudocelebryckie popłuczyny, które dzisiaj, przez przypadek, również nazywają się MTV. Kolejna płyta to “The Immaculate CollectionMadonny. Można jej nie trawić, można jej nie lubić, ale obiektywnie trzeba przyznać – Madonna wielką artystką popu jest. A te 17 utworów udowadnia to w sposób nie budzący wątpliwości. Wkrótce po mojej maturze do kin wszedł film “In Bed With Madonna“, który obejrzeliśmy zaraz po premierze. I chociaż nie byłem wtedy jej wielkim fanem, z pokorą doceniłem ogrom pracy i konsekwencję, które doprowadziły ją na sam szczyt. Jeden z moich ulubionych zespołów – holenderski Clan of Xymox i płyta “Medusa“. Klasycy dark wave z kultowej wytwórni 4AD, w naszym kraju bardzo spopularyzowani w audycjach radiowych nieodżałowanego Tomka Beksińskiego. To moja ulubiona płyta, słuchałem jej dużo przed egzaminami i, mimo dość ponurego klimatu, znakomicie zagrzewała mnie do boju. Pierwsza płyta Enigmy, projektu Michela Cretu, zasłynęła połączeniem elektronicznych beatów i chorałów gregoriańskich. Płyta pierwsza, i co tu ukrywać, najlepsza. Z przyszłą żoną Cretu – Sandrą (która w latach 80-tych była gwiazdą pierwszej wielkości) – śpiewającą w kilku utworach, ze świetnym połączeniem nastrojów i wyczuciem planów muzycznych. Cóż, po latach nie zabrakło łyżki dziegdziu w tej beczce miodu – okazało się, że Cretu zwyczajnie ukradł sample chorałów z jednej z płyt z chorałami nie płacąc wykonawcom ani grosza. Sprawa trafiła do sądu i narobiła bardzo złej sławy Enigmie. Na scenę wjeżdża Sisters of Mercy i ich charyzmatyczny lider Andrew Eldritch. Płyta “Floodland“, wydana trochę wcześniej niż moja matura, ale zdecydowanie najlepsza i słuchana do dzisiaj. Dająca wielkiego, energetycznego kopa. Wałkowana na okrągło w moim, pierwszym produkcji polskiej, a wyprodukowanym w łódzkich zakładach Unitra Fonica, odtwarzaczu CDF-001. Kolej na gości z dalekiej Australii – zespół INXS z płyty “X“. Wokalista, Michael Hutchence, miał nieprawdopodobną barwę głosu, a do tego rewelacyjną dynamikę – od cichych ballad do rockowego uderzenia. Niestety, kilka lat później, po okresie depresji, został znaleziony martwy w hotelowym pokoju. Przyczyny śmierci nie były dokładnie wyjaśnione – mówiło się o samobójstwie, ale też o przypadkowej śmierci podczas duszenia w czasie zabawy erotycznej. Jedno jest pewne – była to wielka strata dla branży muzycznej. Kolejny hit z MTV i bardzo dobry teledysk do piosenki “Rush Rush“, stylizowany na “Buntownika bez powodu“, w którym wystąpił młody Keanu Reeves. A obok niego zagrała i zaśpiewała oczywiście Paula Abdul, której płyta “Spellbound” święciła wtedy tryumfy. Słodka ballada o miłości mocno rozgrzewała wtedy serca maturzystów. A na zakończenie kolejna składanka, wydana wcześniej, co nie przeszkodziło mi jej cały czas słuchać w tamtych okresie – OMD i “The Best of OMD“. Angielscy elektronicy, królowie synthpopu w wyborze swoich największych dokonań z okresu ponad 10 lat. Słucham do dziś, nadal bardzo cenię i lubię, a teraz, dodatkowo, ta płyta kojarzy mi się z gorącym, pomaturalnym latem.

I to już koniec ściany tekstu i godzin świetnej muzyki. Jak zwykle, kliknięcie na okładkę uruchomi nagrania z YouTuba. A chętni mogą dodatkowo zgadnąć na podstawie tych płyt, ile lat minęło od mojej matury. Na której, rzecz oczywista, zdawałem biologię – żadnej matmy, nic z tych rzeczy.

 

  7 komentarzy to “Muchy, Lalka i Etiopczyk”

  1. Mam nadzieję, że pan doktor docenił inteligencję Afrykańczyka i odpowiedź zaliczył, gdyż ja bym tak pewnie zrobił? :)) Świat insektów jest dla mnie przerażająco przewielki. Nawet oganiając się przed natrętnymi muchami, oganiasz się przed kilkunastoma gatunkami, choć pewnie się mylę i jest ich kilkaset:) PS. Myśmy tłukli Czerwone Gitary i T-Love:)

  2. Bardzo te muchy różne, niektórzy niektóre gatunki mylą z osami…

  3. Hej! Słuchamy wprawdzie różnej muzyki ale cieszę się, że masz podobną “palmę” na jej tle. ja bez muzy nie żyję, nie oddycham, nie funkcjonuję 🙂

  4. Przepaśnica górska podoba mi się najbardziej. Nigdy nie widziałam takiej muchy.

 Leave a Reply

(required)

(required)