maj 032016
 
20160503-head Każdy chciałby mieć własne mieszkanie. Jednym wystarczy M-2, innym M-5, a ja pomyślałem o M-128. Nie wygrałem w toto-lotka, nie jestem bogatym celebrytą. Mieszkania nie kupiłem, lecz zbudowałem je własnoręcznie. W dodatku nie dla siebie, ale dla moich o wiele mniejszych znajomych. Ale zacznijmy od początku…

Zaczynając moją Operację Balkon chciałem zrobić coś innego niż wszyscy. Żadnych skrzynek z pelargoniami, surfinii na haczyku i smutnego fikusa w kącie. Zawsze interesowałem się przyrodą, a balkon miał być okazją do tego, żeby przyroda przyszła do mnie, kiedy ja nie będę mógł przyjść do niej. Koncepcja zakłada stworzenie na balkonie kilku mikro-biotopów symulujących różne rodzaje naturalnych siedlisk. Wszystko oczywiście w bardzo małej skali. Planuję więc misę z gliną dla kopiących błonkówek, wilgotny teren z mchami i porostami, na którym może wyrosną też grzyby, fragment środowiska łąkowego z trawami. Do tego oczywiście kwiaty, głównie miododajne. I jak najwięcej różnych zarośli oraz pachnących roślin. Tu uczyniłem jedyne ustępstwo w stronę typowego balkonu – kupiłem kilka odmian iglaków, których aromat uwielbiam.

20160503-1 20160503-2

Ponieważ najbardziej interesuję się bezkręgowcami, oczywistym pomysłem było zbudowanie dla nich lokum na moim balkonie. Sama idea przyszła mi do głowy już kilka lat temu, na realizację trzeba było jednak trochę poczekać. W tym roku postanowiłem w końcu zbudować prawdziwy domek dla owadów. Przejrzałem internet i okazało się, że to, co kilka lat temu było szalonym pomysłem nieszkodliwych ekscentryków, teraz jest popularne. Mało tego – domki dla owadów są obecnie trendy. Bardzo rozbawiły mnie artykuły na ich temat na jakichś kobieco-lanserskich portalach, pisane na zamówienie przez osoby, które owady kojarzą tylko z rysunkami na ubraniach dla dzieci. Ale właściwie – każda forma pomocy owadom zapylającym jest cenna, więc czemu nie? Domek dla owadów dla każdego! Wracając do tematu – po internetowym zwiadzie miałem już pomysł co chcę zrobić, przyszła pora na gromadzenie materiałów.

20160503-3 20160503-4

Z samym wypełnieniem domku nie było problemów – może oprócz gliny, o której pisałem ostatnio. Kilka wypraw z moim synem-potencjalnym przyrodnikiem zaowocowało zebraniem suchych gałęzi, szyszek, nacięciem zeszłorocznych trzcin. Materiały gromadziłem też w bardziej nietypowych sytuacjach. Na przykład idą do pracy rano przez park zauważyłem ekipę obcinającą gałęzie z drzew. Po krótkiej rozmowie maszerowałem dalej z podarowanym grubym konarem. Największym problemem okazała się sama baza. Miałem zamiar złożyć ją z pociętej deski. Kupiłem nawet deskę w cenie 9 zł za metr. Z takimi konstrukcjami robionymi bez warsztatu i narzędzi przeważnie są problemy – coś wyjdzie krzywo, coś się złamie albo nie pasuje. Całkiem przypadkowo, podczas wizyty w dużym markecie budowlanym, zauważyłem pięknie wykonane, drewniane skrzynki. Pasowały idealnie do mojej koncepcji. W dodatku kosztowały 15 zł sztuka. I tu można się przez chwilę zadumać nad opłacalnością i ceną ludzkiej pracy. Skrzynka idealnie obrobiona, oszlifowana, sklejona, wyposażona w ściankę z tyłu, kosztuje niewiele więcej niż surowa deska służąca do jej wykonania.

20160503-5 20160503-6

Przystąpiłem do montażu. Jeżeli ktoś uważa, że zbuduje domek dla owadów w ciągu godziny, to zwyczajnie się myli. Pomijam już sam proces gromadzenia materiałów, który tak naprawdę jest okazją do przyrodniczych spacerów, czyli czystą przyjemnością, ale też wymaga czasu. Konstrukcja jest prosta, za to wymaga wielu czasochłonnych czynności. Ja zacząłem od piłowanie desek wypełniających skrzynkę. Dopasowywania ich. Później przyszła pora na docięcie grubej gałęzi. Następne w kolejności były mniejsze gałęzie. Trzcina była prawdziwym wyzwaniem. Było jej dużo, a nie można było ciąć jej w sposób hurtowy i bezmyślny – każde źdźbło trzeba było obejrzeć i zlokalizować w nim kolanka, w końcu korytarz domku ma być jak najdłuższy. Odpady z trzciny pociąłem na małe kawałki i zmieszałem z gliną. Ostatni raz bawiłem się gliną jako dziecko, ale nie straciłem wprawy ani animuszu. Wreszcie półprodukty były gotowe i można było wypełnić nimi skrzynkę. Jeszcze tylko drobne zabiegi związane z docinaniem i wyrównaniem i praca była prawie skończona. Pozostało nawiercenie otworów w najgrubszym konarze. Co okazało się niewykonalne. Drewno było tak świeże, że nie dało się w nim niczego wywiercić przy pomocy narzędzi, które miałem pod ręką. Trudno, poczekam aż trochę przeschnie, albo zabiorę się do wiercenia lepiej wyposażony. Summa summarum praca została zakończona. Domek prezentuje się nieźle, nie liczyłem czy ma dokładnie 127 pokoi, ale na pewno może przyjąć ponad setkę lokatorów. Mam nadzieję, że glina szybko wyschnie i będzie można ustawić go w docelowym miejscu i czekać na pierwszych gości.

20160503-7 20160503-8

  4 komentarze to “Własne M-128”

  1. Skrzynka taka tania, bo pewnie z Chin 😉
    Brawo – w końcu przeszedłeś od słów do czynów!
    Odnośnie wiercenia otworów – w gazetce którą Ci przesyłałem napisano: “pamiętajmy zawsze, aby wiercić zawsze prostopadle do słojów, a nie – jak to się niestety bardzo często widuje – równolegle do nich, gdyż w tym wypadku powstają szczeliny, do których wnika wilgoć niszcząca czerwie.”

  2. Ja cież pierdykam! Profesjonalizm w każdym calu 😉

  3. Ja po 2 latach doczekałem się nawet wizyt bolicy w glinianej ściance. Ale warto było wystawić domek w miejsce bardzo nasłonecznione. A uwaga kolegi o wierceniu prostopadle do słojów bardzo cenna, bo choć pękanie drewna obserwowałem, to nie pomyślałem o takim rozwiązaniu problemu, który się czasem pojawia.

    • Ja dopiero zaczynam, domek jest na tyle nowy, że glina w ostatnich warstwach dopiero zasycha. Na razie mam głównie pszczoły i kilka kopułek. Ostatnio pojawiają się też mniejsze błonkówki. Domek stoi w najbardziej nasłonecznionym miejscu. W tej chwili jest już zasiedlonych prawie 30 rurek.

Sorry, the comment form is closed at this time.