Nienawidzę wiatru

Kilka osób namawiało mnie ostatnio, żebym napisał coś w rodzaju poradnika czy FAQ na temat fotografii makro. Na początku pomysł wydał mi się dziwny, bo co ja tam wiem o makro, ale im dłużej myślałem, tym bardziej mi się podobał. I oto jest – on – niby-poradnik.

Nienawidzę wiatru i to od wczesnego dzieciństwa. Ma to swoje uzasadnienie. Kiedy we wczesnej podstawówce wprowadzaliśmy się na Retkinię, całe osiedle przypominało bazę na Marsie i to zaprojektowaną przez Le Corbusiera. Płaski, pokryty gliną teren, na którym nie rosło nie tylko ani jedno drzewo, ale nie było nawet chwastów. A na nim zbudowane z surowego betonu bloki, jak jakieś obeliski z Odysei Kosmicznej. Brak życia. I wiatr. Założenie urbanistyczne było bardzo słuszne. Utworzyć dukt powietrzy, który będzie zasysał powietrze i kierował je w stronę Śródmieścia, albowiem w tamtych latach Łódź była jeszcze miastem tysiąca kominów. Ciekawy w teorii projekt okazał się w praktyce… zbyt dobry. Równolegle ustawione bloki tworzyły coś w rodzaju rury, która zasysała wiatr z naprawdę wielką ochotą. Wiało cały czas. I to wiało przez duże W. Wiatr szalał całymi tygodniami, przez okno często było widać ludzi, którzy kurczowo trzymali się latarni czy samochodu, bo nie byli w stanie iść dalej. W dodatku budownictwo mieszkaniowe epoki schyłkowego Gierka wyposażyło nasze bloki w okna, które w żadnym miejscu nie pasowały do ram. I te okna w najbardziej niespodziewanych momentach dnia i nocy gwałtownie otwierały się z hukiem. Pamiętam jeden taki dzień, kiedy siedziałem w domu chory i po raz pierwszy zawiało. W okolicznych blokach jedna po drugiej leciały powybijane przez wiatr szyby. To, oraz ciągłe zmartwienie czy mama i babcia dojdą do domu, spowodowało że naprawdę serdecznie nienawidzę wiatru. Na szczęście od tamtego czasu minęło sporo lat, Retkinia jest dzisiaj oazą zieleni, a wiatr już nie wieje. Dlaczego o tym piszę? Bo to właśnie wiatr jest największym wrogiem makrofotografii, o czym przekonacie się za chwilę.

Przejdźmy jedna do sedna. Na początek mała uwaga – nie jest to żaden poradnik, a luźna gawęda o fotografii. Wszystko to, o czym tu piszę wynika z mojego długoletniego doświadczenia, ale absolutnie nie jest jedyną słuszną teorią makro. Po prostu ja tak robię i jestem zadowolony z efektów. Artykuł zilustrowałem 33 zdjęciami, które zrobiłem podczas jednego spaceru w Ogrodzie Botanicznym, co świadczy o tym, że makro aż tak trudne nie jest.

Na początek warto zdefiniować czym w ogóle jest makrofotografia? Według różnych źródeł w sieci, może to być fotografia obiektów nawet wielkości dużego kwiatu czy ptaka. Mnie to nie przekonuje – dla mnie makro kończy się, powiedzmy na ważce czy motylu, a tak naprawdę dotyczy zwierzaków wielkości pszczoły, które zajmują większą część kadru. Oczywiście są również ekstremalne obszary makro – na przykład mój kolega Włodek Wypych brzydzi się obiektów większych niż jakieś trzy milimetry. Ale u niego to normalne – w pracy obsługiwał mikroskop elektronowy, więc te trzy milimetry to i tak spore ustępstwo. Mając zdefiniowaną skalę przejdźmy do tematu fotografii. Ja zajmuję się głównie owadami, które narzucają pewne specyficzne podejście do procesu fotografowania, i to właśnie o tym podejściu będę tu pisał.

Co potrzebne jest do robienia zdjęć makro? Pomyślałem nad tym przez chwilę i doszedłem do wniosku, że możemy tu mówić o trzech obszarach – fotografującym, przedmiocie fotografii oraz technice fotografii.

Fotografujący

Pisanie o tym, że do robienia zdjęć makro potrzebny jest fotograf wydaje się niedorzeczne, by nie rzec głupie. W tym przypadku chodzi mi jednak o zbiór cech, jakimi taki człowiek powinien się charakteryzować. Robienie zdjęć makro to ciężka i żmudna praca i nie każdy będzie ją chciał lub mógł wykonywać. Jakie więc są najbardziej pożądane cechy?

Cierpliwość – fotografia przyrodnicza, w tym makrofotografia wymaga ogromnej cierpliwości. Podczas wycieczki fotograficznej mamy wpływ na kilka rzeczy, ale na większość nie mamy. Nie wiemy jaka naprawdę będzie pogoda albo czy w ogóle będą owady. Kiedy już znajdziemy się w miejscu docelowym z aparatem wycelowanym na przykład w otwór gniazda grzebacza pozostaje tylko czekanie. Nie wiemy kiedy wyjdzie – może za pół minuty, a może za piętnaście? A jeśli wyjdzie, czy w ogóle uda się zrobić zdjęcie? Może po prostu wyskoczy jak na sprężynie i zniknie. Czekanie to 90% makrofotografii w terenie. Bez anielskiej cierpliwości nie ma w ogóle sensu zabieranie się za zdjęcia owadów.

Opanowanie – pochodna cierpliwości. Ile razy po półgodzinnym siedzeniu w pobliżu gniazda owada ten ostatni wyskoczył z niego i po prostu rozpłynął się w powietrzu? Tysiące. Ile razy w takiej sytuacji złorzeczyłem mu w myślach, ale jednak zostałem i czekałem od nowa? Pewnie też tysiące, ale trochę mniejsze. Makrofotografia to sztuka unikania zniechęcenia się. A to jest bardzo łatwo. Nieraz są dni, kiedy nie udaje się kompletnie nic. Pozostaje wtedy albo iść do domu, albo próbować w kółko od nowa. Jeżeli zrezygnujemy po pierwszej nieudanej próbie w życiu nie zrobimy żadnego zdjęcia przyrodniczego.

Ciekawość – dla mnie to kolejna kluczowa cecha. Nie robię zdjęć mody czy samochodów, bo te tematy kompletnie mnie nie interesują. Robię zdjęcia przyrody, bo ją kocham i nadal chcę dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Każdy spacer odkrywa przede mną kolejne tajemnice owadów, ale jednocześnie skłania do zadawania sobie setek nowych pytań o to, co fotografowałem. O sposoby polowania, rozmnażania, budowę, zależności, przystosowania do środowiska… Po każdym spacerze siedzę w internecie i szukam odpowiedzi powiększając swoją wiedzę. Ten proces nigdy nie będzie miał końca. Jeżeli nie byłbym ciekawy, nie chciał dowiedzieć się jak najwięcej o organizmach, które fotografuję, jaki sens miałoby w ogóle szukanie ich i robienie im zdjęć? Moim zdaniem żaden.

Kondycja – kolejna cecha, która niezbyt kojarzy się z makrofotografią, ale jest bardzo ważna. I nie chodzi tu o przebyte dystanse, bo te w moim przypadku nie przekraczają kilkunastu kilometrów, ale o same mięśnie. I to bardzo różne mięśnie. Po każdym spacerze boli mnie co innego – a to uda, a to plecy, a to łydki. Siedzenie w kucki pół godziny przed domkiem dla owadów? Proszę bardzo. Wiszenie w skłonie w przód nad zagonem pokrzyw? Jasne. Stanie z aparatem wyciągniętym maksymalnie nad głową? Również. Spacery fotograficzne przypominają o istnieniu mięśni nieużywanych na codzień i naprawdę trzeba mieć chociaż minimalną kondycję, żeby nie odmówiły one posłuszeństwa po pięciu minutach. No chyba, że wolicie chodzić robić zdjęcia ze stołkiem wędkarskim. Ale to nie działa – próbowałem. Albo znajdziecie się w sytuacji, kiedy nie da się zrobić fotografii z tego stołka, albo nie będzie wam się chciało go rozłożyć, albo po prostu zapomnicie go zabrać. Jeżeli uważacie, że to co napisałem wyżej jest zabawne, proponuję mały eksperyment. Idźcie do kuchni i weźcie kilogramową paczkę cukru (tyle waży mój aparat), zróbcie półprzysiad, pochylcie tułów w przód i wyciągnijcie prosto przed siebie jedną rękę z cukrem. Jest to typowa pozycja, w jakiej fotografuję. Ciekawe ile w niej wytrzymacie.

Dobry wzrok – coś, co z wiekiem daje o sobie znać. Jestem jak automat – idąc nawet środkiem ulicy w centrum nieustannie omiatam wzrokiem każdy trawnik i kwietnik w poszukiwaniu owadów. To już wdrukowane we mnie zachowanie. Bez niego nie znajdzie się niczego ciekawego na spacerze i nie zrobi zdjęcia. Podobnie jest oczywiście na każdym spacerze – znalezienie w trawie celu to początek fotograficznego sukcesu.

Wiedza – to również bardzo ważny „zasób” makrofotografa. Wiedza na temat zachowań i zwyczajów owadów bardzo przydaje się w terenie. O jakiej porze dnia się pojawiają? Czy wolą tereny suche czy podmokłe? Na jakich roślinach żerują? Znając odpowiedzi na te i podobne pytania będziemy mogli skuteczniej i szybciej odnaleźć interesujących nas modeli. Weźmy na przykład takie ważki. Wiadomo – siedzą nad stawem. A jednak nie, ponieważ niektóre gatunki preferują suche łąki albo korony drzew. Nie mając o tym pojęcia będziemy szukać ich jedynie nad wodą.

Doświadczenie – i znów – bez doświadczenia praca z makro będzie dużo trudniejsza. I mówię tu i o doświadczeniu dotyczącym samej techniki – po kilku latach fotografowania wiem „na oko” jaki czas czy ISO wybrać – ale też tym, dotyczącym przyrody. Potrafię w locie rozpoznać wiele gatunków motyli, błonkówek, ważek, niektóre muchówki czy chrząszcze. Jak się tego nauczyłem? Patrząc na nie przez setki godzin. Dzięki temu wiem, co leci i czy pogoń za tym ma sens, czy lepiej poszukać czegoś ciekawszego. Doświadczenie bardzo pomaga w wielu sytuacjach.

Technika

Popularne porzekadło głosi, że zdjęcia robi fotograf, nie aparat. W przypadku makro jest to oczywiście również prawda, ale nie do końca. Żeby zrobić solidne zdjęcie małego obiektu musimy mieć możliwość takiego umieszczenia go w kadrze tak, żeby zajmował jak największą jego część. W niektórych modelach aparatów po prostu nie da się tego zrobić, bo odległość ostrzenia będzie zbyt duża albo obiektyw nie da wymaganego powiększenia. W takich przypadkach najlepiej będzie zmienić aparat albo dokupić specjalny konwerter lub soczewkę makro. Koszt zakupu nie jest boleśnie wysoki, a poprawa jakości naprawdę zauważalna. Wszystkie zdjęcia w tym wpisie robione były przy pomocy konwertera Raynox DCR-150, który pasuje do większości obiektywów, jest lekki i kompaktowy, a kosztuje około 250 złotych. Poprawa komfortu pracy i jakości zdjęć zrobionych przy jego pomocy jest naprawdę znacząca. Jeżeli chodzi o aparaty, to w swojej pracy z makro wykorzystywałem kilka modeli. Najpierw był to malutki, ale bardzo fajny Olympus 720-UZ. Potem Canon S2 IS, trochę większy aparat kompaktowy. Następnie lustrzanka Canon D450 z obiektywem Tokina 100mm. Po Canonie przyszedł czas na Nikona P900 i wreszcie obecnie korzystam z jego nowej wersji – Nikona P1000. Wszystkie te aparaty były bardzo dobre, chociaż gdybym miał wybierać na pierwszym miejscu postawiłbym P900 ze względu na połowę mniejszą wagę i zbliżone (poza ogniskową) parametry do P1000. P1000 zdecydowanie wygrywa pod względem ogniskowej, a antyczny Olympus pod względem kompaktowości i łatwości schowania w każdej torbie. Co dziwne, najbardziej nie lubiłem lustrzanki. Wielkość, ciągła konieczność zmiany obiektywów, mała uniwersalność – te cechy w połączeniu ze specyfiką pracy w terenie dyskwalifikowały ją w moich oczach. Co oczywiście nie oznacza, że lustrzanki nie nadają się do makro. Przeciwnie – w rękach dobrego fotografa zrobią na pewno technicznie lepsze zdjęcia niż mniejsze aparaty. To tylko ja po prostu nie byłem w stanie polubić się z lustrzanką. Kończąc temat aparatów jeszcze jedno pytanie – czy makra da się robić komórką? Ja nie robię, pewnie istnieją ludzie i aparaty, które zrobią dobre makro. Znam z social mediów jednego kolegę robiącego zapierające dech, mikroskopowe zbliżenia Samsungiem S24. Należy jednak dodać, że do tego telefonu ma podpięte kilka kilogramów dodatkowego sprzętu.

Czy używam jakichś uniwersalnych ustawień przy robieniu zdjęć makro? Nie, to zależy od sytuacji. Jeżeli owad jest bardzo mały, staram się uzyskać jak największą głębię ostrości za pomocą większej przysłony. Jeżeli porusza się szybko zmniejszam czas. Jeżeli siedzi w ciemnym miejscu i nie da się zrobić nic więcej, podnoszę ISO. Jednak w aparatach kompaktowych staram się używać maksymalnie ISO400, w wyjątkowych przypadkach ustawiając 800. Powyżej tej wartości zdjęcia zwyczajnie nie nadają się do użytku. Należy też pamiętać, że inaczej robi się zdjęcia w słoneczny dzień na łące, a inaczej w ciemnym lesie w czasie pochmurnej pogody. Za każdym razem parametry będą inne, a ich dobranie zależy w głównej mierze od doświadczenia, a czasem też i od szczęścia. Ogólnie rzecz ujmując w fotografii makro stosuje się te same zasady co w innych dziedzinach tej sztuki, pamiętając o tym, że tutaj głębi ostrości jest zawsze za mało.

Dawniej, w czasach fotografii analogowej, zrobienie zdjęcia było równie ważne, co jego obróbka w ciemni. Obecnie rolę ciemni przejął proces obróbki komputerowej. Tu, jak w wielu dziedzinach, zdania są podzielone. Radykalni puryści najchętniej niczego by nie obrabiali, z kolei ich przeciwnicy dopuszczają dowolne operacje graficzne. Ja jestem elastyczny. Uważam, że jeżeli zdjęcie nie będzie brało udziału w konkursie, a tylko służyło naszej radości, możemy z nim robić co chcemy. Swoje zdjęcia zwyczajowo poprawiam usuwając szumy i bawiąc się suwakami kontrastu/jasności. Przeważnie lekko je kadruję, no i dodaję swoją ramkę. Natomiast od czasu do czasu mam ochotę na eksperymenty artystyczne i wtedy robię o wiele więcej. Jednak nie dotyczy to zdjęć typowo dokumentalnych. Jakiego używam oprogramowania? Mam antyczną licencję Photoshopa, która mi wystarcza. Nie lubię Gimpa, miłośnikom darmowych programów mogę natomiast polecić Affinity.
Kończąc temat postprodukcji warto jeszcze wspomnieć o stackowaniu. Proces polega na zrobieniu serii zdjęć z minimalnie przesuniętym punktem ostrości, a następnie połączeniu ich w jedno zdjęcie z bardzo dużą głębią ostrości. Jest to świetne rozwiązanie, szczególnie przy mikroskopijnych obiektach. Warunkiem jest oczywiście to, żeby w czasie robienia serii zdjęć model był w dokładnie tej samej pozycji. Osobiście nie stosuję tej metody – przeważnie robię zdjęcia ruchliwych zwierzaków – ale mogę ją polecić, bo efekty są rewelacyjne.

Przedmiot

Przejdźmy do ostatniej części tej przydługiej opowieści o makro. Fotografującego i technikę mamy za sobą, pozostało najważniejsze czyli przedmiot fotografii. Fotografia bezkręgowców to dziedzina specyficzna. O ile w takim street-photo wystarczy po prostu wyjść na ulicę i robić zdjęcia, o tyle tutaj warto już wiedzieć przynajmniej gdzie i kiedy szukać naszych modeli. Ja akurat znajduję się w komfortowej sytuacji, bo mam pod nosem Łódzki Ogród Botaniczny, który w sezonie ma bardzo bogatą entomofaunę. Jednak mieszkając w dowolnym mieście wystarczy przejść się do pobliskiego parku, bardziej zarośniętego trawnika czy nawet na nasyp kolejowy (akurat nasypy to rewelacyjny teren łowiecki), a znajdzie się przynajmniej kilkanaście gatunków do obserwacji i fotografowania.

Jakie warunki najlepiej nadają się do fotografowania bezkręgowców? Jeżeli chodzi o porę dnia, to zdecydowanie wczesny ranek. Światło nie jest jeszcze wtedy ostre, zwierzaki są zmarznięte po chłodniejszej nocy, nie uciekają, siedzą na miejscu i łatwo nimi manipulować. Wieczory teoretycznie powinny być podobne do poranków, ale nie są. W 95% przypadków kiedy latem idę fotografować po pracy, powiedzmy koło szóstej, niczego już nie ma. Jeżeli chodzi o moją praktykę, to na foto-spacery chodzę głównie w weekendy. Kilka godzin od rana do drugiej-trzeciej. Wtedy owadów jest najwięcej, są co prawda bardzo ruchliwe, ale można złapać je w czasie ciekawych aktywności jak polowanie czy kopulacja.

Pogoda jest kluczowym warunkiem przy makro. Wbrew pozorom czyste niebo i świecące słońce nie są wskazane, szczególnie w południe. Cienie wtedy są najbardziej kontrastowe, chitynowe pancerzyki rzucają odblaski i nie ma możliwości zrobienia nieprześwietlonego zdjęcia. O wiele lepsze jest solidnie zachmurzone niebo – chmury działają jak bardzo skuteczny filtr rozpraszający światło, dzięki któremu cienie są miękkie, światło łagodne, a owady równo doświetlone. Co ciekawe makra da się robić także w czasie deszczu, choć jest to oczywiście trudniejsze. Wystarczy wtedy większy parasol i operowanie aparatem jedną ręką. Owady w czasie deszczu siedzą spokojnie na liściach i nie są w stanie poruszać się szybko. Idealna sytuacja to zachmurzone niebo tuż po deszczu. W tym przypadku nie dosyć, że możemy przez kilkadziesiąt minut fotografować spokojne owady, to jeszcze mamy szansę na fajne ujęcia ze zwierzakami oblepionymi kroplami wody. Zdecydowanie najgorszą pogodą dla fotografa makro jest silny wiatr. Próby robienia zdjęć w takich warunkach skończą się tylko w jeden sposób – silnym uniesieniem nerwowym. Wiatr miota siedzącymi na liściach bezkręgowcami w lewo i w prawo, siedzimy, czekamy, miotamy przekleństwa, próbujemy uchwycić moment, kiedy wiatr na chwilę ucichnie. Raz za razem oglądamy wyświetlacz kasując zdjęcie za zdjęciem. Część z nich wygląda jednak dobrze, czyli jednak warto było spróbować! Najlepsze czeka nas jednak w domu. Zgrywamy zdjęcia na dysk i okazuje się, że 100% tych wyglądających na dobre jest rozmazanych. Nie polecam. No dobrze – a nie można po prostu ustawić migawki na jakąś, na przykład, 1/1000 sekundy? Pewnie, ze można – taka migawka zamrozi każdy obraz. Problem polega jednak na tym, że przy silnym wietrze zamrozi go już poza punktem ostrości.

Tym, którzy maja ku temu warunki mogę polecić dobry sposób na zwiększenie dostępu do fotografowanych bezkręgowców – wystarczy sprowadzić je do domu. Jest to rozwiązanie tanie, proste, oszczędzające czas i przynoszące wiele satysfakcji i radości. Zakładając oczywiście, że ktoś kto robi makra owadów, lubi owady. W moim przypadku wygląda to tak, że mam kilka akwariów z bezkręgowcami ze stawów, wiwaria z różnymi ekosystemami leśnymi i łąkowymi, no i oczywiście balkon. A na balkonie coraz większą liczbę domków dla owadów, skrzynek i innych pomocy gniazdowych. Jest to naprawdę wyjątkowo wygodne rozwiązanie. Kiedy nie mam ochoty lub czasu na wizytę w Botaniku, siadam po prostu na balkonie z aparatem i mogę robić zdjęcia. Mogę robić je nawet zimą, ponieważ akwaria i wiwaria są w mieszkaniu i życie kipi w nich przez cały rok.

Czy wychodząc w teren mam jakiś plan? Oczywiście. Z tym, że ten plan chyba jeszcze nigdy się nie sprawdził. Kiedy idę fotografować ważki, wracam z motylami, a kiedy obiecuję sobie znaleźć chrząszcze, fotografuję pająki. Tak to działa, przynajmniej u mnie. Jasne, wiedza przyrodnicza się przydaje. Dzięki niej wiadomo na przykład kiedy jest szansa na spotkanie nęków znoszących do norek sparaliżowane owady, kiedy pojawią się pierwsze bolice, a kiedy skończą się szablaki. Wszystko to są jednak ogólne założenia, zmienne w każdym roku. Zamiast tego do planowania podchodzę z pokorą – zakładam, że pójdę i spotkam jakieś ciekawe bezkręgowce, zrobię kilka fajnych zdjęć, zobaczę coś, czego nie widziałem jeszcze nigdy w życiu, a przede wszystkim będę się dobrze bawił w moim ukochanym Łódzkim Ogrodzie Botanicznym. Czego i Wam życzę.

 

Jeżeli podoba Ci się ten wpis… Postaw mi kawę na buycoffee.to …postaw mi kawę! Dziękuję serdecznie 😉