Tegoroczna zima… ech, to nie jest przyjemny temat. Przez ładnych kilka lat odzwyczailiśmy się od tego, jak powinna wyglądać „prawdziwa” zima w naszym kraju. Rzadko kiedy temperatura spadała mocno poniżej zera, śnieg leżał przez maksymalnie kilka dni, a potem robiło się już ciepło. Srogie zimy to wspomnienie (w moim przypadku) z podstawówki, kiedy na dworze ciągle był mróz i śnieg. Wtedy taka sytuacja bardzo nam odpowiadała. Lepienie bałwana, walki na śnieżki, budowa fortec śniegowych – to była nasza codzienność. No i sanki. Dawno, dawno temu Łódzki Ogród Botaniczny był czynny cały rok, a wejście do niego było bezpłatne. Przez kilka furtek oraz dziur w płocie wchodziły tam rzesze dzieciaków z Retkini kierując się na botanikowe górki. Spędziliśmy na nich setki godzin znając każdy wystający kamień i każde drzewo, które trzeba było ominąć. Niestety, te czasy minęły już dość dawno temu, a obecnie zima w mieście jedynie mnie irytuje.
Zima w sezonie 2025/2026 postanowiła przypomnieć nam jak to dawniej bywało. Od miesięcy jest mroźno i śnieżnie. Osobiście mam już serdecznie dosyć ciągłego zimna, ciemności oraz ton soli i piachu wysypanych na każdym chodniku. Brak światła, brak kolorów i brak życia działają na mnie wybitnie depresyjnie. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś było lato. Z ciekawości poszukałem w sieci średnich temperatur stycznia w minionych latach. W tym roku było to dla Łodzi -4,1C. W roku poprzednim 2,2C i podobna, wyższa od zera temperatura panowała w większości lat w XXI wieku. Zimniej było w 2017 (-4,6C) i 2004 (-4,8C), a znacząco zimniej w 2010 (-7,2C) i 2006 (-7,7C). Niestety, nie pamiętam już, czy wtedy zimy były równie długie i męczące. Pewne jest jedno – nie pamiętam, kiedy po raz ostatni miałem tak dosyć, ale to naprawdę dosyć tej pory roku. Jeżeli chodzi o moją osobistą terapię zajęciową, to oprócz patrzenia się w Słońce, jeżeli akurat jest na niebie, znalazłem inną satysfakcjonującą czynność. Otóż oglądam na Youtubie stare nagrania „Dzienników Telewizyjnych” z lat osiemdziesiątych – wtedy to dopiero były zimy!
![]() |
![]() |
![]() |
W zimę, oprócz mojego ciała, zamrożone zostały również wszelkie aktywności przyrodniczo-fotograficzne. Wieczorami jest tak lodowato, że nawet nie myślę o wyjściu na balkon (jak dawniej) i robieniu zdjęć nieba – ten pomysł wydaje się obecnie całkowicie absurdalny. Po powrocie z pracy jest już za ciemno na jakikolwiek spacer. Pozostają weekendy i ewentualny spacer do parku Zdrowie. Ale chodzenie w szarym półmroku i trzaskającym mrozie, kiedy wokół widać tylko pokryte brudnym śniegiem pustkowia, nie jest fajne. Mimo to narastała we mnie tęsknota za wyjściem z aparatem, po prostu czułem głód robienia jakichkolwiek zdjęć, gdziekolwiek na zewnątrz. Okazja trafiła się w ten weekend. Po pierwsze miałem do przetestowania obiektyw 12-200mm. Po drugie – w Ogrodzie Botanicznym miała się odbyć pierwsza w tym roku wycieczka, a to zawsze szansa, żeby odwiedzić moje ukochane miejsce jeszcze przed oficjalnym otwarciem.
W sobotę zabrałem więc sprzęt i udałem się połazić po Zdrowiu. Pogoda była średnia, ale miałem w sobie dużo entuzjazmu. Chciałem fotografować. Nie spodziewałem się jakichkolwiek zwierząt (i miałem rację), zależało mi na teście szkła w szerokich kadrach, zbliżeniach, krajobrazie i fotkach koncepcyjnych. Świat nadal przykryty był śniegiem, nie było szansy na jakiekolwiek grzyby. Nawet te nadrzewne zmieniły się w szare kupy zmrożonego śluzu. Odwiedziłem pieniek z karmnikiem, przy którym zwykle było sporo sikor, kowalików, a nawet dzięciołów. Tym razem nie było nic, nie licząc kłębowiska gołębi. Ponieważ pamiętałem położenia innych miejsc, w których dokarmiane są ptaki, odwiedziłem je wszystkie po kolei. Efekty były bardzo mizerne. Owszem, spotkałem trochę sikor bogatek i modrych oraz kowaliki, ale były one w ciągłym ruchu i nie dały się podejść. Najbardziej śmiały był o dziwo mały pełzacz (Certhiidae), który dziarsko krzątał się po pniu i u jego podnóża. Inne ptaki? Trochę krukowatych – kawki, gawrony i wrony. Stawy zamarznięte, zamiast ptaków byli tylko dwaj wędkarze łowiący na mormyszkę. A jak mówi stare, wędkarskie przysłowie znane mi od Dziadka – „na mormyszkę złapał myszkę”, więc i podczas obserwacji nie widziałem, żeby złapali jakąś rybę.
![]() |
![]() |
![]() |
Po zrobieniu kilku kółek i odwiedzeniu różnych fajnych zakamarków doszedłem do górującego nad parkiem Pomnika Czynu Rewolucyjnego. Monument ma formę kilku betonowych skrzydeł mierzących 38 metrów wysokości, które stoją ponad wielką, obniżającą się rampą zakończoną płaskorzeźbą. Na skrzydłach umieszczonych jest kilka dat nawiązujących do Rewolucji 1905, w której Łódź odegrała ważną rolę. Z kolei płaskorzeźba przedstawia postacie poległych robotników i fragment wiersza Władysława Broniewskiego „Pięćdziesięciu”. Wcześniej w tym miejscu pochowano powieszonych przez carat rewolucjonistów. Nad miejscem ich pochówku stanęła w 1923 roku betonowa kolumna, którą z kolei zburzyli w 1939 roku niemieccy okupanci. Jednym słowem, typowy fragment historii naszego kraju. Obecny pomnik odsłonięty został 22 czerwca 1975 roku. Zaprojektował go łódzki rzeźbiarz Kazimierz Karpiński, a pomagali mu Stanisław Siedlik, Wacław Wołosewicz i Józef Zięba. Ponieważ dzieło powstało w czasach socjalistycznych, umieszczono na nim również daty związane z tym ustrojem oraz sylwetki żołnierzy z bronią z okresu drugiej wojny światowej. Historia znów zatoczyła koło i na początku XXI wieku pomnik przebudowano. Zniknęli z niego (za zgodą autorów) żołnierze oraz powojenne daty. Na całe szczęście nikomu nie przyszło do głowy zburzenie tego, lubianego przez Łodziam, monumentu. Dla mnie Pomnik Czynu Rewolucyjnego istniał „od zawsze” i mocno kojarzy mi się ze spacerami w dzieciństwie. Z rzeczy praktycznych warto wiedzieć, że pochyła rampa idealnie nadawała się do maksymalnego rozpędzenia na rowerze, a następnie zrobienia widowiskowego driftu w bok, tuż przed sylwetkami robotników. Ile kolan zostało startych do krwi w wyniku takich akcji? Bardzo wiele.
![]() |
![]() |
![]() |
Po udanym sobotnim spacerze tym chętniej ruszyłem w niedzielę do Botanika. O jedenastej miała się w nim odbyć wycieczka dendrologiczna pod hasłem „Rozpoznawanie drzew w stanie bezlistnym”. Prowadziła ją bardzo sympatyczna pracownica Ogrodu, którą pamiętam z kilku innych wycieczek. Pogoda była dramatycznie zła – znowu szaro i bardzo zimno. Mimo tego, na miejscu zbiórki stawiło się ponad trzydzieści osób, równie wygłodniałych wiedzy i spacerów w naszym ulubionym miejscu. Wśród nich było sporo znajomych twarzy, ludzi których widuję często z aparatami w czasie cieplejszych miesięcy. Każdy robi zdjęcia, większość z nich publikuje je w różnych miejscach, no i każdy jest niewyczerpaną skarbnicą botanikowych opowieści. Jednym słowem – nasi ludzie. Ruszyliśmy i – chociaż nie jestem przesadnym fanem dendrologii – wycieczka bardzo mi się podobała. Prowadząca pani sypała jak z rękawa bardzo ciekawymi faktami naukowymi i ciekawostkami, pokazywała na żywo kolejne gatunki drzew i krzewów, zachęcała do samodzielnej aktywności. Przez te dwie godziny więcej dowiedziałem się o pąkach, korze i pniach, niż przez większość życia. Nauczyłem się również rozpoznawać kilka nowych gatunków drzew. Pomimo silnego mrozu inni uczestnicy byli równie zadowoleni i wydaje mi się, że żaden z nich przedwcześnie nie zwiał do wyjścia.
![]() |
![]() |
![]() |
W moim przypadku wycieczka miała oczywiście jeszcze inny cel – po długich ponad trzech miesiącach abstynencji wreszcie legalnie wejść na teren Ogrodu i zobaczyć jak wygląda o tej porze roku. Wrażenie było niesamowite. Z moim kolegą Włodkiem rozglądaliśmy się dookoła i doszliśmy do wniosku, że czujemy się jakbyśmy byli tu pierwszy raz, jakby to nie było to miejsce. I faktycznie. Ogród Botaniczny przykryty śniegiem, zlodowaciały, pozbawiony kolorów i liści wyglądał obco i dość posępnie. Wrażenie szybko jednak minęło i można było cieszyć się tym, co widzimy i planami na wiosnę. Trasa spaceru wiodła przez Alpinarium, do Ogrodu Japońskiego, potem przy najdłuższej rabacie, zakręt i z powrotem do wyjścia. Chodziliśmy ponad dwie godziny i mimo srogiego mrozu nikt nie miał ochoty uciekać. Mijaliśmy zamarznięte stawy, które zazwyczaj kojarzą mi się z dywanami kwitnących lilii wodnych, zmrożone domki dla owadów pozbawione ruchu i światła, rozległe łąki, tym razem biało-brunatne, a nie zielone. Widoki te sprawiały dziwne, odrealnione wrażenie czegoś zupełnie nie na miejscu. Ale minie jeszcze kilka tygodni i wrócą do swojego naturalnego, kolorowego wyglądu. W pewnym momencie mijaliśmy kilka ściętych w charakterystyczny sposób drzew. Okazało się, że w Botaniku przez jakiś czas mieszkał prawdziwy bóbr, który narobił trochę szkód, ale już się wyprowadził. To miejsce nie przestaje mnie zadziwiać.
![]() |
![]() |
![]() |
Weekend był więc bardzo udany. Z obiektywu jestem mocno zadowolony i czuję, że często będziemy razem spacerować. Pierwsza, bardzo wczesna wizyta w Ogrodzie też była super. Jedynym minusem był siarczysty mróz. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę wróciłem do domu skostniały. Ale i tak było warto. Kolejna okazja na odwiedzenie Botanika już za tydzień. Szykuję się następna wycieczka, tym razem ornitologiczna.
![]() |
![]() |
![]() |
| Jeżeli podoba Ci się ten wpis… | …postaw mi kawę! Dziękuję serdecznie 😉 |


















