No i pieńknie

„Masz klamkę?” – pytał Fred Bolca w kultowym filmie „Chłopaki nie płaczą”. Ja mam. A po co? Tego dowiecie się z dzisiejszego wpisu. Będzie też o postępowaniu w duchu nauk Adama Słodowego, mężczyźnie z pniem oraz darmowych materiałach budowlanych. A wszystko to pod hasłem – „wszystkie drogi prowadzą na balkon”.

Wiosna zaczyna się dla mnie nie tylko pierwszą wizytą w Łódzkim Ogrodzie Botanicznym, ale także pracami na moim balkonie. To miejsce w ciągu ostatnich lat urosło do rangi kultowej przestrzeni w sezonie letnim, przyrodniczej oazy oraz platformy, która pozwala obserwować i fotografować bezkręgowce, jeżeli akurat muszę zostać w domu. Innymi słowy balkon stał się moim ulubionym, domowym mini-Botanikiem. Nic więc dziwnego, że w każdym sezonie chcę na nim zmieścić jak najwięcej nowych instalacji i upchnąć kolejny ekosystem w pudełku albo ciekawą roślinę. Niestety, balkon nie jest z gumy i zaczynam już osiągać granice jego pojemności. W tym roku dodałem do niego tyle nowych rzeczy, że właściwie mogę stwierdzić, że osiągnąłem tak z 95% satysfakcji z jego wyglądu. Oczywiście, najlepiej byłoby mieć balkon, który byłby jakimś portalem w stylu szafy prowadzącej do oddzielnej Narni, ale niestety tak się nie da. Pozostaje więc cieszyć się ściśle euklidesową geometrią mojej domowej oazy i od czasu do czasu próbować dodać coś jeszcze. W dzisiejszym wpisie zajmiemy się przeglądem balkonowych nowości z sezonu 2025.

Chociaż mój balkon jest przede wszystkim częścią mojego mieszkania, jest również głęboko zakorzeniony w świecie zewnętrznym. Wykorzystują to oczywiście owady odwiedzające przeznaczone dla nich domki, ale niestety wykorzystują to również moi arcywrogowie. Gołębie. Nie mam nic przeciwko tym ptakom żyjącym w naturalnym środowisku – w lesie czy na skałach. Jednak ich miejska odmiana to zdegenerowani żebracy, oportuniści, złodzieje, awanturnicy i brudasy. Nie będę ukrywał – potrafią doprowadzić mnie do szału. Zasadzę w skrzynkach nowe rośliny? Po powrocie z pracy zastaję je rozgrzebane przez gołębie. Ułożę z patyków i liści fajną konstrukcję dla owadów? Gołębie zrobią z niej ruiny. Na wiosnę wyrosną nowe, delikatne rośliny? Pójdę rano na balkon i zobaczę je wygniecione i zdewastowane, bo pan gołąb musiał się tam przespać. No i oczywiście nie należy zapominać o traktowaniu całej powierzchni balkonu jako publicznej toalety…

Z gołębiami można walczyć, ale nie można wygrać. Ileż razy wpadałem na balkon z latarką w nocy, a spod nóg zrywali mi się nielegalni rezydenci. Ileż razy próbowałem je płoszyć, instalując kolorowe wiatraczki, rzucające refleksy folie czy kawałki PCV z wymalowanymi wielkimi oczami. Żaden z tych sposobów nie działał na dłuższą metę. Doprowadzony do ostateczności zrobiłem zacną procę i nabyłem drogą kupna klamkę na sprężone powietrze. Bez obaw – nigdy ich nie wykorzystałem, ale sam proces myślenia, co nimi mogę zrobić poprawiał mi nastrój. Tu mała uwaga, już całkiem na poważnie – miejskie gołębie są pod ochroną. Nie wspominając o samej etyce strzelania do nich z czegokolwiek, warto wiedzieć, że jest to karalne. W każdym razie dozwolone jest grożenie im, wymachiwanie na balkonie gnatem oraz rzucanie w ich stronę niecenzuralnych słów. Niestety te czynności do niczego nie prowadzą. Zamiast się wygłupiać zacząłem chłonąć wiedzę. Przeczytałem pół internetu, poznałem różne, naprawdę magiczne sposoby odstraszania – jakieś opryski, ultradźwięki, błyskacze. Problemem było to, że po pierwsze sposoby te (według komentarzy nabywców) nie bardzo działały, a po drugie chciałem odstraszać jedynie gołębie. Wylanie na balkonie podejrzanych substancji, które odstraszyłyby mi wszystkie owady, było bez sensu.

W końcu doszedłem do wniosku, że jedynym skutecznym sposobem jest zwykła, mechaniczna bariera, przez którą latające chwasty nie dostaną się na balkon. Zacząłem od zablokowania dolnej części instalując na niej bardzo fajną, ekologiczną zasłonę z wikliny. Wiklinowa mata dokładnie przykryła wszelkie otwory, a przy tym wyglądała całkiem ładnie. Dodatkową zaletą było to, że pionowe witki mogły stanowić podstawę ekosystemu dla nowych bezkręgowców. Pozostał problem największy, czyli otwór pomiędzy sufitem i barierką. Na szczęście w internecie jest wszystko. Ostatnio modne są siatki chroniące koty przed wypadnięciem, a ponieważ występują one w wariantach z małymi oczkami, równie dobrze mogą chronić gołębie przed wpadnięciem. I taką właśnie, mocowaną na klej siatkę, nabyłem. Początkowo byłem trochę nieufny wobec mocowania, ale okazało się, że klej doskonale trzyma i nawet sztywno naciągnięta siatka nie powoduje żadnych odkształceń. Przez kilka kolejnych dni z wielką satysfakcją obserwowałem, jak zdezorientowane chwasty krążą wokół balkonu, dziwiąc się, że już nie mogą na niego wlecieć. Potem przeniosły się psuć krew komuś innemu. Zwycięstwo! Trochę obawiałem się, co na to mieszkańcy moich domków dla owadów. Początkowo bolice faktycznie były zdezorientowane, nie mogły zrozumieć geometrii siatki, zawisały przed nią, kilka razy próbowały pikować w oczko i hamowały albo zaplątywały się w nici. Jednak po kilku próbach sytuacja wróciła do normy, błonkówki zaktualizowały nawigację i pewnie wlatywały w otwory za pierwszym podejściem. Tak więc, pa moje drogie gołębie, róbcie kupy gdzie indziej! Na zakończenie dodam, że siatka ma same zalety oraz dwie wady. Pierwsza to lekkie popsucie widoku, ale bardzo szybko można się do tego przyzwyczaić. Druga wada to niemożność wychylenia się przez balkon, jeżeli ktoś oczywiście lubi się powychylać. Ja mogę bez tego żyć.

Prawa strona balkonu aż prosiła się o zagospodarowanie. Stała tam tylko duża donica, a miejsce nad nią marnowało się niepotrzebnie. Któregoś dnia szedłem akurat do sklepu i koło jednej z klatek zobaczyłem opartą o ścianę kratkę ogrodową z solidnego drewna. Od razu w myślach zacząłem ją dopasowywać do balkonu i rozpatrywać możliwości jakie daje. W końcu pomyślałem, że nie będę zbierał wyrzuconych kratek i poszedłem po zakupy. Kiedy wracałem, kratka stała nadal, patrząc na mnie z wyrzutem. Ponieważ pochodzę z pokolenia pamiętającego programy Adama Słodowego doszedłem do wniosku, że nie mogę pozwolić, żeby ktoś po prostu porąbał ten piękny wyrób na pobliskim śmietniku. Kratka została zabrana, oczyszczona, przypiłowana i przytwierdzona do ściany. Pasowała, jakby do tego ją stworzono. Od razu przypiłowałem kilka desek walających się pod kredensem i w ten oto sposób powstały dodatkowe półki. A na nich, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, od razu zadomowiły się kolejne doniczki z ziołami oraz tymczasowe domki dla owadów. Na razie jest to rozwiązanie prowizoryczne. We właściwym czasie kratkę umocuje się solidniej, półki wzmocni. Docelowo powstanie tam również duży, zbiorczy domek dla owadów, ponieważ mam do niego przycięte różne trzciny, bambusy i inne pomoce gniazdowe. Planuję zebrać je w większej skrzynce i odpowiednio zaaranżować. To jednak nastąpi już w kolejnym sezonie. Jak na razie z kratki jestem w pełni zadowolony i liczę na dalszą, owocną współpracę z nią.

Z drobniejszych innowacji warto wspomnieć o pionowych rurkach. Przeczytałem o nich ciekawy artykuł na stronie o dzikich zapylaczach i oczywiście od razu zapragnąłem mieć takie. O co w ogóle chodzi? Otóż w takich rurkach o miękkim wnętrzu gniazda zakładają drobne błonkówki, które nie lubią rurek poziomych i wydrążonych. Każdy ma swoje potrzeby. W moim przypadku największy problem polegał na tym, że przez jakiś czas nie miałem pomysłu skąd wziąć takie rurki. Nadają się na nie na przykład uschnięte jeżyny, które – jak skojarzyłem – znajdują się na zaprzyjaźnionej działce. Przy kolejnej wizycie zamiast siedzieć i – jak prawdziwy Polak jeść karkówkę z grilla – poszedłem w chaszcze z solidnym nożem i zacząłem karczować suche jeżyny. Na szczęście takie zachowanie nie zaskakuje już moich znajomych, więc każdy był usatysfakcjonowany. Ja po jakimś czasie miałem ucięte równo i oskrobane z kolców rurki, a oni grillowane mięcho. Niestety, rurek nie było dużo. Umieściłem je w strategicznych miejscach pod różnymi kątami i zobaczymy – może w przyszłym sezonie ktoś się nimi zainteresuje.

Tymczasem przechodzimy do gwoździa, a nawet pnia, programu. Zdecydowanie najbardziej rzucającą się w oczy nowością na moim balkonie jest solidny pień. Skąd się wziął? Już wyjaśniam. Czytając artykuły o różnych pomocach gniazdowych dla owadów często można natrafić na opisy kawałków drewna z wywierconymi otworami. Podobne klocki drewna znajdują się w domkach w Botaniku. Do tej pory nie przekonywały mnie jednak, ponieważ zajmują za dużo miejsca w stosunku do, że tak powiem, gęstości zaludnienia, a raczej zaowadzenia. Im więcej czytałem o owadach wybierających drewno, a gardzących rurkami i gliną, tym bardziej chciałem mieć taki kawał drewna na balkonie. Myślałem nad prostopadłymi klockami drewna z marketu, jednak istniało dużo ryzyko, że są nasączone jakimiś chemikaliami. Kolejną opcją były odpady z tartaku, ale gdzie tartak w Łodzi, a poza tym takie drewno było zbyt świeże. Problem utknął w martwym punkcie i został odłożony do przegródki „Do realizacji”. Nieco później spacerowałem sobie w Parku Zdrowie, przechodziłem obok gęstych zarośli i nagle mnie olśniło. Ujrzałem spróchniały pieniek. Idealnej wielkości i nienagannej formy, leżący sobie wśród liści i czekający na lepszy los. Podszedłem i od razu zacząłem analizować sytuację i dopasowywać zdobycz do balkonu, jednocześnie zastanawiając się czy mi nie odbiło i jakie jeszcze granice przyrodnicze przekroczę. Po krótkiej chwili wątpliwości zniknęły. To był „ten” pieniek, który leżał tu i czekał na mnie. Gdyby było inaczej nie trafiłbym przecież na niego – logiczne. Akurat wracałem z pracy, byłem zmęczony i ubrany w czyste i jasne ciuchy, natychmiastowe pobranie pieńka odpadało całkowicie. Zamiast tego zacząłem wycofywać się do domu myśląc nad logistyką. Na rowerze pień by się nie zmieścił, taksówka była problematyczna i i tak by nie wjechała w środek lasu, pozostawała więc niezawodna komunikacja miejska.

Następnego dnia zaopatrzyłem się w ciemne ubranie, płachtę folii bąbelkowej oraz sznurek. Po skończonej pracy znowu szedłem przez Zdrowie szybkim krokiem, albowiem wiadomo, że taki pieniek jest niezwykle pożądanym towarem i ktoś mógłby go zabrać. Znalazłem miejsce, zapakowałem delikwenta, przy czym okazało się, że nie doceniłem jego rozmiarów. Folii nie starczyło na zakrycie całej powierzchni, ale co tam, grunt, że drewno nie szorowało mi po ubraniu. Udało mi się podnieść pieniek, złapać jako tako, jednak po kilku krokach zrozumiałem, że będę miał pewien problem. Mimo, że spróchniały, ten ogromny kawał drewna jednak swoje ważył. Przejście przez sam park nie stanowiło problemu – w środku tygodnia nie było w nim ludzi. Dwa przystanki tramwajem też były ok – jadący do Konstantynowa pojazd był właściwie pusty. Problem zaczął się po przesiadce do autobusu. Wyobraźcie sobie normalnie ubranego, dorosłego faceta z plecakiem na plecach i ogromnym pniem w objęciach… No właśnie, spojrzenia pasażerów mówiły wszystko. Starałem się je ignorować, ale pierwsze skojarzenie, jakie miałem to jeden z moich ulubionych seriali Davida Lyncha czyli „Twin Peaks”. Była w nim postać dość szalonej kobiety – Margaret Lanterman – znanej również jako Log Lady czyli Kobieta z Pieńkiem. Pojawiała się w kilku odcinkach, zawsze nosząc w ramionach kawał drewna, słuchając go i przekazując proroctwa, które pieniek rzekomo jej przekazywał. Początkowo sceptyczny Agent Cooper z czasem przekonał się, że warto jej słuchać. Ja co prawda nie rozmawiałem z moim pniakiem, ale czułem się raczej dziwnie. David Lynch podczas kręcenia filmu w naszym mieście wygłosił słynne słowa – „Łódź sprawiła, że znowu zacząłem marzyć”. Ja w tej chwili marzyłem tylko o jednym – żeby autobus jechał szybciej. Po kilku przystankach trilateralnej obserwacji (Ja-pieniek-pasażerowie) z ulgą opuściłem autobus.

Reszta to była już łatwizna. Pieniek znalazł się na balkonie, został dopasowany do miejsca docelowego i lekko przeszlifowany u podstawy. Następnie w ruch poszła wiertarka i wiertła o różnej średnicy, okazało się przy tym, że mimo wysuszenia drewno wcale nie poddaje się tak łatwo. W czasie operacji z wnętrza wyszło kilku ciekawych mieszkańców, ale szybko rozeszli się w swoje strony. Po kilkudziesięciu minutach nowa, ekologiczna siedziba dla owadów była gotowa. Liczę na to, że już na wiosnę wprowadzą się do niej jakieś gatunki, które preferują drewno i do tej pory nie miały możliwości gniazdowania u mnie. Z botanikowych obserwacji wiem, że istnieje sporo pszczołowatych, które lubią drewniane mieszkania. Ciekaw jestem, czy gdybym posadził bukwicę, pojawiłyby się makatki? Te pszczoły uwielbiają otwory w drewnie i często w nich gniazdują.

Przejdźmy wreszcie do ostatniej nowości w mojej balkonowej oazie. Jest nią kolejna pomoc gniazdowa, tym razem dla grzebaczy i owadów lubiących cegły, czyli sandarium. Kopiące norki w piasku grzebacze od dawna są na liście moich ulubionych owadów. Należą do nich przecież i nęki, i wardzanki, i wardzaneczki, i wiele, wiele innych. Do tej pory wydawało mi się, że zapewnienie im bazy do rozwoju na balkonie czy tarasie jest niemożliwe. Ale jak zwykle trafiłem w internecie na artykuł opisujący jak w dużej donicy zrobić sandarium, czyli mówiąc po polsku pojemnik z piaskiem. Wykonanie czegoś takiego jest dziecinnie proste, nie spodziewałem się jednak, że przylatują tam jakieś owady. Tymczasem w artykule były zdjęcia takowych, gniazdujących nawet w stosunkowo niewielkim pojemniku. Pomysł utkwił mi w głowie, jak to wiele przyrodniczych koncepcji. Miałem pojemnik w postaci starego wiaderka z marketu budowlanego, ale nie miałem piasku. Dźwiganie wora piasku z jakiejś odległej budowy nie bardzo mi się podobało, dlatego chwilowo nic nie robiłem, czekając na okazję.

Okazja trafiła się z półtora tygodnia później. Obok mojego bloku jest boisko, którego nawierzchnię akurat remontowano. Po remoncie zostały porzucone niewielkie kupki pięknego, czystego piasku. Uznałem to za znak do rozpoczęcia pracy. Żeby było zabawniej, akurat w tym samym czasie robotnicy w bloku zakończyli remont mieszkania, po którym został porzucony potłuczony pustak z betonu komórkowego. To oczywiście spowodowało, że mój projekt doczekał się modyfikacji. Wziąłem piasek, wziąłem pustaka, wziąłem kilka kamieni. Do tego od znajomych z ogródkiem dostałem trochę fajnych rozchodników. Piasek poszedł do wiaderka, z tyłu na nim znalazły się kamienie. Pustak został odpowiednio przycięty i oczywiście nawiercony różnymi wiertłami. Stanął na kamieniach, chroniących go przed transferem wilgoci z podłoża. A obok swoje miejsce znalazły rośliny. W ten oto sposób powstało moje balkonowe sandarium. Należało pomyśleć nad nazwą. Korzystając z durnych wzorców naszych deweloperów, niech będzie to Sandarium Highrise Botanik Balkon Park. Pięknie. Teraz tylko trzeba zachęcić klientów do zapłacenia miliona za kawalerkę… przepraszam, za rurkę w betonie albo za dziurę w piasku. Żarty na bok – z tego projektu jestem akurat bardzo zadowolony. Powstał spontanicznie, za darmo i z niczego, a widzę w nim ogromny potencjał. Jestem bardzo ciekaw, czy wiosną zostanie zasiedlony, co do niego przyleci i czy większym powodzeniem będzie się cieszyć betonowy wieżowiec, czy raczej piaszczysta plaża.

I to już koniec wędrówki po moim balkonie. Sezon 2025 przyniósł na nim wiele ciekawych zmian. Nie wspominałem jeszcze o projektach z pojemnikami z mini-stawem czy ekosystemem z butwiejącymi liśćmi i próchnem, ale i na nie przyjdzie czas. Moja domowa oaza wygląda estetycznie, jest miejscem codziennego relaksu, ale i nauki poprzez zdjęcia, obserwacje i nieustanne poszukiwanie odpowiedzi na coraz większą liczbę przyrodniczych pytań. Przede wszystkim jednak jest miejscem, które przynosi mi wiele radości.

Jeżeli podoba Ci się ten wpis… Postaw mi kawę na buycoffee.to …postaw mi kawę! Dziękuję serdecznie 😉