Lis 252018
 
Kończy się listopad – miesiąc, w którym dni zaczynają przypominać noce, a słońce staje się czymś równie powszechnym jak czekolada w czasie stanu wojennego. Za chwilę zacznie się grudzień – miesiąc, w którym dni nie będą niczego przypominać, bo po prostu zostaną same noce. I tym optymistycznym akcentem…

I jak tu nie kochać listopada? Miesiąca pełnego ciepła, kolorów, optymizmu… Akurat mieliśmy coś do załatwienia w okolicach Łodzi i trasa naszej wycieczki przebiegała niedaleko młynów na Grabii. To jedno z moich ulubionych miejsc. Latem. Pełne chlupoczącej pod młyńskimi kołami wody, śpiewu ptaków, rozmytych kolorów latających ważek, zapachów wodnych roślin i… bardzo dobrych lodów z miejscowej budki. W leniwy, ciepły dzień, można usiąść tam na ławce koło młynów, wdychać zapach starego drewna ogrzewanego upałem, patrzeć na sylwetki ogromny grabów na tle błękitu i zastanawiać – nad który staw, albo do którego lasu udać się po zjedzeniu frytek. Niestety, listopad nawet tak wspaniałe miejsce jest w stanie sprowadzić do monochromatyczno-mglistej, późnojesiennej rzeczywistości. Młyny oczywiście stoją nadal, wyglądają imponująco, ale jednocześnie ponuro. Nad wodami niosą się zimne, białe mgły. Nie ma życia – nie ma ważek, nie ma ptaków, nie ma ludzi. Budka z lodami jest oczywiście zamknięta – kto chciałby jeść lody w takich okolicznościach? Stawy, latem pełne dźwięków kołowrotków zwijających żyłkę, teraz są całkowicie opuszczone i ciche. Ciemność zapada szybko, już po trzeciej wypełza z zarośli i zaczyna rozlewać się po okolicy. W innych okolicznościach taki lovecraftowsko-wiedźmiński nastrój wywoływał by przyjemny dreszczyk emocji. Ale nie dzisiaj! Dzisiaj jest zwyczajnie za zimno! Zły mróz przenika od razu po wyjściu z samochodu, ręce grabieją i nie mogą operować aparatem. Miejsce sprawia przygnębiające, melancholijne wrażenie. Szybko robię kilka zdjęć, przechodzę na drugą stronę jezdni, jeszcze z mostu, jeszcze przy samych stawach. Ale już dopada mnie mrok, ostrość rozmywa się, a ziąb wygania. Jest dopiero po trzeciej, a już prawie niczego nie widać. I jak zawsze w takim momencie trudno uwierzyć, że w czerwcu, w tym samym miejscu, będzie ciepło, widno i radośnie aż do dziesiątej wieczorem! Nie ma się co zastanawiać – trzeba wracać do ciepłego samochodu i ciepłego mieszkania. A te kilka poniższych zdjęć będzie stanowić listopadowe memento. Kiedy obejrzę je wczesnym latem, powiem do siebie – nie, to niemożliwe, żeby było tu tak zimno, tak ciemno, tak ponuro.

 

  3 komentarze to “Noc listopadowa”

  1. Sorry!, taki mamy klimat 🙂
    Ano jest lekki syf, z drugiej strony tym milej będzie na wiosnę! Gdyby cały rok był takim sam to chyba jednak byłaby nuda?

    • Dokładnie to samo myślę. Fajnie by było żyć na równiku, ale cały rok upał i podział doby 12/12 godzin? Nuda 🙂 Ale takie południe Francji albo Grecja byłyby lepsze. Tylko, że tam znowu nie ma lasów sosnowych… Ciężko znaleźć optimum 🙂

  2. Na Warmii tylko szur do szyi. Byliśmy dziś o świcie w terenie i … guzik nawet bez jednej pętelki 🙁

 Leave a Reply

(required)

(required)