Maj 282019
 
…koło nosa. Osa to bolica stonkówka (Symmorphus murarius), nos jest mój, a cała sytuacja ma miejsce na balkonie. Oprócz osy jest sporo innych uczestników zajścia. Łódzki Ogród Botaniczny, po raz kolejny, musi poczekać, dzisiejszy wpis będzie poświęcony tematyce balkonowej, domkom dla owadów oraz osom (ang. awesome!).

Mój balkon eksplodował zielenią. Z każdego skrawka ziemi wyłażą rośliny różnych, całkiem nieznanych mi gatunków. Zieleń jest świeża, soczysta i pachnąca. Powodem jest pewnie wilgotna pogoda, ale też moja metoda ogrodnicza – wszystkiego jak najwięcej. Na razie nie ma zbyt wielu kwiatów, jedynie małe i białe, na które chętnie przylatują muchówki. Chlubnym wyjątkiem jest też łodyga z białymi kwiatostanami, która wyrosła mi wprost z wody, ze słoika z biotopem stawowym. W tym roku wszystko jest znacznie opóźnione. Porównuję zdjęcia z zeszłego sezonu, na których widać wiele kwitnących roślin, w tym lilie. Tegoroczne lilie dopiero zaczynają wznosić się ponad poziom gruntu, podobnie jak rośliny pnące – wilce i groszek pachnący. Wzrost jest jednak równomierny i stały i pewnie za kilka tygodni balkon rozkwitnie. Dla mnie centrum balkonu stanowią dwa domki dla owadów, przy których zawsze coś się dzieje. Obawiałem się, że ich mieszkańcy nie przetrwali zimy, na szczęście myliłem się. Byli po prostu opóźnieni, tak jak i reszta przyrody. Cieplejsze dni obudziły ich do działania i wokół domków od razu zaroiło się od owadów.

Wychodzę na balkon zaraz po powrocie z pracy. To jak haust przyrody o krok od własnego mieszkania. Przekraczam próg i nagle znajduję się w zupełnie innym świecie. Popołudnie jest ciepłe i słoneczne, jednak Słońce przesunęło się już na niebie i nie świeci bezpośrednio na domki, które teraz znajdują się w półcieniu. Białe ściany odbijają dużo światła, wszystko jest wciąż dobrze oświetlone i nagrzane. Glina w domku działa jak stary, dobry piec kaflowy. Siadam na leżaku naprzeciwko i patrzę, co dzisiaj zdarzy się w tym owadzim wieżowcu. Jeszcze niedawno wygryzały się z rurek samce bolicy letniej (Symmorphus crassicornis), które trafiły akurat na chłodny dzień i dawały się łatwo fotografować. Teraz zniknęły całkowicie, a ich miejsce zajęła duża liczba samic bolicy stonkówki (Symmorphus murarius). Siedzę, patrzę na niebo odbijające się w szybach i czekam. Na razie nic się nie dzieje, balkon zamarł, nastąpiła cisza. Gdzie podziały się wszystkie owady? Stopniowo zaczynam dostrzegać moich lokatorów. Z głębi rurek wystawiają głowy małe błonkówki – to grzebaczowate z rodzaju Psenulus. Są bardzo ruchliwe i wojownicze. Na razie siedzą w zajętych przez siebie rurkach, czasem tylko wylatując na krótki rekonesans na zewnątrz. Podczas tych wypraw nierzadko wdają się w bójki między sobą, szczególnie, jeśli zostanie naruszone zajęte już przez innego osobnika terytorium. Nie wahają się atakować dużo większych przeciwników. Często widuję sytuację, kiedy o wiele większy i masywniejszy Symmorphus zagląda do rurki Psenulusa i momentalnie jest brutalnie atakowany i skutecznie przepędzany. Raz zdarzyło mi się zobaczyć jeszcze odważniejszy atak – duża osa zbierała glinę ze ścianki domku, a w tym czasie Psenulus dosłownie spadł na nią z nieba, prosto na głowę. Po krótkiej szarpaninie obaj przeciwnicy uciekli w przeciwne strony. Bardzo lubię tych małych wojowników, dają okazję do ciekawych obserwacji, a w dodatku są pożyteczni. Już niedługo zaczną przygotowywać swoje gniazda, a wtedy nastąpi pogrom wśród okolicznych mszyc, którymi te małe osy karmią swoje larwy.

Czekając na większą aktywność owadów rozglądam się dookoła. Życie toczy się wszędzie – i to w skali makroskopowej i to dużo trudniejsze do zauważenia. Na zewnątrz śpiewa kos. Na sąsiednim drzewie, gdzie gniazdują sroki, trwa właśnie między nimi jakaś głośna sprzeczka. Po mojej prawej stronie, w słoju z biotopem stawowym, jedna z pijawek przyczepiła się do rośliny i porusza ciałem w ten charakterystyczny, wężowy sposób. Nieco ponad nią pożywia się larwa jętki, a koło niej, zaczajona, czeka na swoją okazję mała larwa ważki. Życie aż buzuje w tym słoiku, bąbelki powietrza ulatują z roślin ku powierzchni, drobne, planktonowe skorupiaki unoszą się w toni wodnej, a na samym dnie pracują chyba jakieś nicienie. Zwieńczeniem ekosystemu jest oczywiście ten wystający z wody, biały kwiatostan. Jego na pewno się nie spodziewałem. Z zamyślenie wyrywa mnie głośne, basowe buczenie. To na pewno nie żadna pszczoła – one buczą ciszej i na wyższych częstotliwościach. Po chwili pojawia się sprawca – to chyba jakiś trzmiel lub trzmielec – trudno to stwierdzić w czasie lotu. Owad krąży wokół skrzynek z roślinami, wreszcie zagłębia się między nie, znajduje donicę wypełnioną piaskiem i żwirem, osiada na powierzchni i zaczyna badać otoczenie. Fajnie, takiego gościa jeszcze nie miałem! Z kolei na parapecie pojawia się mały skakun. Kroczy w charakterystyczny sposób, trochę bokiem, trochę przodem, przemieszcza się zrywami, aż w końcu trafia w pobliże domku. Podnosi wzrok i – przysięgam – w jego oczach maluje się zdumienie zmieszane z ekstazą. Tak, chcę zjeść was wszystkich – zdaje się myśleć, patrząc na owady krzątające się w pobliżu. Skacze na domek, wchodzi pomiędzy rurki, po chwili wyłania się, krąży, szuka. Może znajdzie coś odpowiedniego dla siebie, będę trzymał za niego kciuki!

Siedząc na wprost domku, zasłaniam dostęp do niego. To jednak nie problem. Po pewnym czasie osy i murarki przyzwyczajają się do mojej obecności i wznawiają swoją aktywność. Trwa przygotowywanie gniazd. Część owadów porządkuje zeszłoroczne rurki – wlatują do środka, odrywają resztki gliny i innych zanieczyszczeń, wynoszą je na zewnątrz, a następnie zrzucają na dół. Bardziej porządne wylatują kawałek od domku, zrzucają swój ładunek i zaraz zawracają. To dlatego kiedy wchodzę na wcześniej wysprzątany balkon, na podłodze i moim leżaku ciągnie się pas małych cząsteczek brązowej gliny i chitynowych resztek owadów. Osy, które już przygotowały rurki do złożenia jaj, wylatują na polowanie. Symmorphus poluje na larwy chrząszczy-szkodników z rodzaju Chrysomela. Znajduje je, atakuje, a następnie paraliżuje żądląc w odpowiednie miejsce układu nerwowego. Larwa jest transportowana do gniazda w pozycji poziomej, trzymana odnóżami pod tułowiem osy, która żuwaczkami przytrzymuje głowę ofiary. Do każdej komórki znoszone jest kilka larw (więcej dla przyszłych samic, mniej dla samców), a następnie składane zostaje na nich jajo, a komórka jest gotowa do zamknięcia. Kilka dni zajmuje mi polowanie na wracające z larwami do domku osy. Kiedy wracają z ofiarą, nie marnują czasu – lądują błyskawicznie, przebiegają dystans dzielący je do rurki najszybciej, jak się da i upychają ofiarę w gnieździe. Oczywiście bardzo trudno zrobić zdjęcie tego procesu, ale w końcu mi się udaje. A potem kolejne i kolejne. Os jest dużo, dopisuje mi szczęście, po jakimś czasie mogę już na spokojnie zajmować się kolejnymi obserwacjami. Trafia mi się też prawdziwa gratka. Jedna z samic ląduje z upolowaną larwą na półce i przez chwilę tańczy z nią dziwny taniec. Korzystam z okazji i robię serię zdjęć. Już po ich obejrzeniu myślę, że larwa nie została prawidłowo użądlona za pierwszym razem i musiała zostać sparaliżowana skuteczniej. Stąd ten ponowny atak przed samym wejściem do rurki. Jest to zresztą całkiem logiczne – posiadająca zdolność ruchu larwa zamknięta w komórce prawdopodobnie uszkodziła by lub zniszczyła jajo osy. A nawet jeśli nie, była by dużo trudniejsza do konsumpcji.

Nie przeszkadzamy sobie wzajemnie. Owady akceptują moje towarzystwo, ja staram się im nie przeszkadzać, ani ich nie prowokować do agresji. Siedzę bezpośrednio przy domku, aparat prawie dotyka rurek. Co chwila osy przelatują mi pomiędzy rękami tworząc przyjemny, łaskoczący wietrzyk. Część z nich zaraz po wylocie zderza się z moim czołem i innymi częściami ciała. Nie jestem jakimś eko-masochistą, nie zamierzam dokarmiać kleszczy czy dać się gryźć krwiopijnym muchom. Ale sytuacja z osami w żaden sposób mi nie przeszkadza – to wypadki przy pracy, nawet jeśli kolejna osa odbija mi się od głowy, przeprasza i leci dalej. Zresztą ja też robię gwałtowniejsze ruchy, co wywołuje wzburzenie i zaniepokojenie użytkowników domku. Po chwili jednak sytuacja wraca do normy – tu nikt nie jest agresywny – wzajemne poszanowanie i akceptacja. Swoją drogą, zastanawiam się, skąd wzięła się polska nazwa Symmorphusów – bolica? Czy chodzi tu o moc ich użądlenia? Nie zamierzam tego sprawdzać. Praca trwa spokojnie, Słońce przyjemnie grzeje mnie w plecy, w szybie odbija się błękit i leniwie wędrujące po niebie, białe obłoki. Część os kończy już swoje domki, pracuje na zewnątrz, można łatwo obserwować jak zamykają rurkę, nakładając kolejne warstwy gliny. Co chwila przelatują kawałek, do glinianej powierzchni i zeskrobują żuwaczkami kolejny ładunek gliny. Części z nich wcale jednak nie odpowiada przyniesiony przeze mnie materiał i lecą po niego gdzieś poza balkon. Kompletny brak wdzięczności – do dzisiaj pamiętam jak się nadźwigałem niosąc reklamówkę wypełnioną gliną z pobliskiej łąki. Niektóre rurki są już całkowicie zamknięte, o dziwo, z innych dopiero wygryzają się nowe owady. Również nowy domek został zauważony – najpierw zagnieździły się w nim murarki (Osmia), a teraz również Psenulusy i Symmorphusy masowo zasiedlają nowe miejsca. Popołudnie mija leniwie, nic nie jest w stanie popsuć dobrego nastroju.

Świat owadów rządzi się jednak swoimi brutalnymi i twardymi prawami. Tam gdzie ktoś pracuje, zaraz znajdzie się grupa tych, którzy chcą dla siebie wykorzystać jego pracę. Ewentualnie zjeść jego dzieci. Albo umożliwić swoim dzieciom zjedzenie jego dzieci. Jak w korporacji… no, prawie. Domek jest odwiedzany przez poszukiwaczy okazji. Pasożytnicze muchówki ryzykują własnym życiem wdzierając się do niezamkniętych rurek pszczół i os. Mają tylko jeden cel – złożyć w komórce własne jajo. Jeżeli gospodarz nie dostrzeże w porę zagrożenia i zamknie komórkę, jajo intruza rozwinie się wcześniej od jaja gospodarza, a pasożytnicza larwa zje je wraz ze zgromadzonymi gąsienicami. Takie są reguły. Nie wiem jaki odsetek ataków pasożytniczych muchówek na gniazda błonkówek kończy się sukcesem, jednak jak widać ekosystem sam jest w stanie się wyregulować tak, że gatunki pasożytów i ich gospodarzy wciąż rozwijają się obok siebie. Pierwsza pojawiła się moja ulubiona mucha – drogosz żałobny (Hemipenthes morio). Ta piękna przedstawicielka rodziny bujanek (Bombyliidae) odwiedziła mój balkon chyba po raz pierwszy, czym sprawiła mi wielką radość. Niech Was jednak nie zwiedzie jej dystyngowany wygląd i delikatny lot – H.morio jest hiperpasożytem, organizmem pasożytującym na innych pasożytach. Dorosłe osobniki żywią się pyłkiem i nektarem, natomiast larwy pasożytują na larwach (muchówek i błonkówek) pasożytujących na motylach z rodziny sówek (Noctuidae). Wcześniej gościłem w domku dla owadów fascynującego owada – muchówkę Cacoxenus indagator. Ta mała mucha jest kleptopasożytem murarek. Dorosłe osobniki składają jaja w komórce przygotowanej przez żywiciele, a ich larwy wyjadają zgromadzony tam pyłek, doprowadzając do zaburzenia rozwoju lub śmierci głodowej larwę gospodarza. Jak do tej pory nic nadzwyczajnego. Najlepszy jest jednak sposób, w jaki muchówka opuszcza zamurowaną komórkę. Najpierw wygryza w niej niewielki otwór, a następnie wpycha do niego głowę. W niej znajduje się specjalna struktura – ptilinum – do której owad zaczyna pompować hemolimfę. Po pewnym czasie głowa pęcznieje i rozsadza ścianę – zupełnie jak niektórych narzędziach hydraulicznych. Nadal uważacie, że powiedzenie – “głową muru nie przebijesz” – ma jakiś sens? Wreszcie jako trzecia zjawiła się przedstawicielka podrodziny Miltogramminae, czyli much zwanych po angielsku “satellite flies“. Swoją nazwę zawdzięczają sposobowi podążania za potencjalnymi gospodarzami, których mogą spasożytować. Lecąc za nimi utrzymują stałą odległość, nawet przy zmianie kierunku lotu, co przypomina satelity okrążające Ziemię i utrzymywane przez siłę grawitacji. Muchy te wielokrotnie obserwowałem w terenie, tym razem ich przedstawicielka odwiedziła domek i bardzo agresywnie usiłowała dostać się do rurek, dosłownie pod nosem pilnujących ich os. Cała akcja trwała sekundy i była bardzo dynamiczna. Czy mucha osiągnęła swój cel? Przyznam, że nie wiem.

Dwie godziny później nadal było ciepło i widno, jednak nieuchronnie zbliżał się wczesny wieczór. Aktywność owadów znacznie zmalała, zresztą moja również. Opuściłem leżak i balkon, pracować przy komputerze i oglądać już na ekranie to, co dzisiaj udało mi się zaobserwować. Muszę przyznać, że balkonowy ekosystem wciąż się rozrasta, gatunków jest coraz więcej, a co za tym idzie, coraz więcej jest okazji do prowadzenia fascynujących obserwacji i poszerzania wiedzy. Jak widać przerobienie balkonu na poletko badawcze nie wymaga specjalnych nakładów – wystarczy jakiś pomysł i trochę cierpliwości, a efekty przejdą nasze oczekiwania.
Przy okazji chciałem gorąco podziękować użytkownikom Forum Entomologicznego, którzy jak zwykle wykazali się dużą dozą cierpliwości, pomogli zidentyfikować większość opisywanych bezkręgowców i podzielili się swoją ogromną wiedzą.

  7 komentarzy to “Lata osa…”

  1. No przyznam że to wyjątkowo ciekawy wpis. Tak jak zwyczaje niektórych owadów…

    • Dzięki 🙂 Na podstawie życia niektórych pasożytów można kręcić następne części Aliens, scenariusz niepotrzebny 🙂

  2. Biały kwiatostan to okrężnica bagienna, piękna majowa roślina.
    Nieśmiała korekta – lepiej nie używać zwrotów przeciwstawnych “szkodnik, pożyteczny”.
    Dziś pierwszy raz zamroziłem na matrycy kopulującą zapamiętale parę oszyndy leszczynowca oraz kilka muchówek, po rozpoznanie których w stosownej porze też zgłoszę się na FE.
    Piękna relacja, piękny balkon. Cieszę się, że cieszysz się Ty!

    • Dzięki za identyfikację rośliny i korektę 🙂 Oszyndy chyba nigdy nie fotografowałem, przynajmniej nie pamiętam. Dzisiaj za to udało mi się złapać jedną ze stonek, którą łapią osy. Pewnie w jednym z kolejnych wpisów coś o niej napiszę. Maj nie jest rewelacyjny, ale podobno niedługo ma się ocieplić. No i urlop się zbliża – będzie można poganiać owady 🙂

  3. No i mamy kolejną ciekawą opowieść entomologiczną.Gratuluję lekkiego pióra , spostrzegawczości oraz balkonowego przyrodniczego laboratorium. Dokumentacja fotograficzna super, zwłaszcza ta z wątkiem kryminalnym ( morderstwa larwy). Z niecierpliwością czekam na rozwój balkonowych wydarzeń.Pozdrawiam.
    Jacek

  4. Kwiatek ze słoika jest rewelacyjny.
    U nas ostatnio trwa wyjątkowy wysyp drogoszy. Nie spodziewałam się, że one są pasożytami pasożytów. Ciekawa strategia życiowa, no i pożyteczna dla spasożytowanych pechowców.
    Scenki balkonowe są nieustająco świetne. 🙂

    • Drogoszy w Łodzi też zatrzęsienie – na każdym kawałku ziemi sobie siedzą. Scenki balkonowe będą się pojawiać – teraz zakwitło sporo roślin i nowi goście się pojawiają – będę opisywał.

Sorry, the comment form is closed at this time.