Sty 072019
 
Nowy Rok na Ziemi zaczął się w sposób standardowy – trochę szampana, trochę fajerwerków, trochę wojen i politycznych kłamstewek. Jednak dla wielu ludzi dzień pierwszy stycznia 2019 stał się datą pamiętną z innego powodu – sonda New Horizons przeleciała w pobliżu planetoidy z Pasa Kuipera, obiektu znajdującego się na krańcu naszego Układu Słonecznego.

Obiekt ochrzczono bardzo plastyczną i działającą na wyobraźnię nazwą – Ultima Thule. W średniowieczu tym mianem określano północną część znanego świata (czyli okolice Norwegii), a później termin stał się synonimem geograficznego końca świat w ogóle. Z biegiem czasu skala “naszego świata” znacznie się rozszerzyła. Odkryliśmy, że Ziemia i nasz Układ Słoneczny leżą w galaktyce, która nie jest niczym wyjątkowym, a takich galaktyk są w naszym Wszechświecie miliardy. Co więcej, według najnowszych teorii, nasz Wszechświat może też być jednym z nieskończonej liczby wszechświatów. Najdoskonalsze teleskopy zaglądają obecnie na ponad 13 miliardów lat świetlnych w głąb przestrzeni i czasu. Z kolei najdalej znajdującym się od Ziemi wytworem naszej cywilizacji jest sonda Voyager 1, która opuściła już nasz Układ Słoneczny i znajduje się ponad 142 jednostki astronomiczne od Słońca (czyli 142 razy dalej niż odległość Ziemi od naszej gwiazdy). Ultima Thule na tym tle nie prezentuje się aż tak okazale – orbituje w odległości “zaledwie” 42-46 jednostek astronomicznych. W kosmosie jednak mamy do czynienia z inną skalą odległości. Sonda New Horizons przelatując obok planetoidy była tak daleko od Ziemi, że światło (a co za tym idzie fale radiowe) biegło do niej ponad pięć godzin. Oznacza to, że każdy komunikat sterujący z Ziemi docierał do statku po pięciu godzinach, a jego rezultat i odpowiedź zwrotna była odbierana po minimum dziesięciu godzinach od wysłania. Trudno więc nie podziwiać precyzji całej operacji. Tym większa radość z doskonałych rezultatów – planetoida została dokładnie sfotografowana i od razu zaserwowała astronomom niespodziankę – nie jest zwykłą skałą, ale dwiema bryłami, które w bardzo łagodny (jak na warunki kosmiczne) sposób zderzyły i połączyły się ze sobą. Obiekt stanowi relikt z czasów formowania się naszego Układu Słonecznego i na pewno rzuci nowe światło na zagadnienia jego genezy.
Tymczasem przenosimy się dużo bliżej Ziemi, na odległość 0,0026 jednostki astronomicznej. W tej odległości orbituje nasz dobry znajomy – Księżyc. Trzy dni po sensacyjnych doniesieniach z okolic Ultima Thule na naszym satelicie wylądował chiński próbnik Chang’e 4, który dostarczył na jego powierzchnię łazik, o pięknej nazwie Yutu 2 (Jadeitowy Królik). W ten sposób Chińczycy bardzo mocnym akcentem rozpoczęli nowy (dla cywilizacji Zachodu) rok. W planach jest wysłanie kolejnych próbników, misji załogowych, a w końcu budowa stałej bazy księżycowej. Co ciekawe, próbnik wylądował na niewidocznej dla nas, drugiej półkuli Księżyca. Z tego powodu prasa rozpisywała się o “ciemnej stronie Księżyca”, która wcale nie jest ciemna, ale widać dziennikarze dużo słuchają Pink Floyd. Bardzo mnie cieszy sukces Chińczyków, bowiem oznacza on start do nowego wyścigu w podboju kosmosu. Tym razem nie chodzi tylko prestiż i względy polityczne, ale coraz większą rolę zaczynają odgrywać względy ekonomiczne. Kosmos, nawet ten najbliższy, może już niedługo stać się kolejnym El-Dorado. Chińczycy, Rosjanie, Amerykanie wraz z ich prywatnymi firmami, wszyscy będą chcieli zdobyć dla siebie jak najwięcej. A przecież to nie wszyscy gracze. Własne próbniki księżycowe wysłały, lub chcą wysłać, Indie, Japonia, a nawet Izrael.
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że właściwie każde z takich wydarzeń możemy oglądać niemalże na żywo. Konferencje, zdjęcia z próbników czy starty rakiet są transmitowane na YouTubie i każdy może mieć je na ekranie monitora, w domu, od razu. Ci, którzy pamiętają jeszcze czasy, kiedy podobne wydarzenia były opisywane z kilkumiesięcznym opóźnieniem w “Młodym Techniku” czy “Wiedzy i Życiu” potrafią docenić postęp techniki jaki nastąpił.

Po tych fantastycznych wieściach z przestrzeni kosmicznej wracamy na naszą planetę. Rok rozpoczął się od szarości i grubej warstwy chmur, która zalega nad nami prawie nieustannie. Mimo to nie poddałem się i podjąłem próby rozpoczęcia sezonu fotograficznego. Nie było źle. Korzystając z chwili błękitnego nieba sfotografowałem pierwszy w tym roku samolot – singapurskiego A380. Zaraz po nim wycelowałem obiektyw w Słońce. Niestety, nie ma na nim żadnych plam i zdjęcia są czysto dokumentacyjne. Udało się chwycić również kilka ptaków, gadów i płazów. Oby była to dobra wróżba na resztę fotograficznego 2019.

  2 komentarze to “Kraniec świata”

  1. W przyrodzie cisza, można pisać o kosmosie który fascynuje bez przerwy!

  2. Już nie wiem. Zamieściłem komentarz, czy nie?

 Leave a Reply

(required)

(required)