Lip 222017
 
Kilka dni w górach minęło bardzo szybko i znowu znalazłem się w moim rodzinnym mieście. Łódzki Ogród Botaniczny przywitał mnie wystrzałowo – zrobiłem zdjęcie sezonu, na które czekałem latami. Ale o tym za chwilę. Oprócz przywitania z Łodzią, będzie też trochę o steampunku na słono, cyberpunku i książkach.

Następnego dnia po przyjeździe, jeszcze z głową pełną górskich panoram, postanowiłem sprawdzić co tam słychać w Ogrodzie. Ponieważ była pełnia słońca i srogi upał, swoje kroki skierowałem na piaszczyste alejki zamieszkiwane przez trzyszcze piaskowe (Cicindela hybrida). Ostatnio widziałem ich górskich kuzynów, do zobaczenia zostały mi jeszcze trzy kolejne gatunki występujące w Polsce, z których najładniejszy jest moim zdaniem trzyszcz polny (Cicindela campestris), cały ubarwiony na zielono. I tu przechodzimy do sedna dzisiejszego wpisu. Zawsze przy obserwacjach stawiam sobie jakieś cele, które później, stopniowo, staram się zrealizować. W przypadku trzyszczy, oprócz zobaczenie kolejnych gatunków, moim celem było zobaczenie, a może i sfotografowanie ich kopulacji. Niby prosta sprawa, trzyszcze fotografuję ciągle i mam je pod ręką. Niestety, nic z tych rzeczy. Trzyszczową kopulację chciałem sfotografować od jakichś dziesięciu lat. I nic. Fotografowałem te chrząszcze z boku. Z przodu. Z góry. W czasie polowania i w czasie odpoczynku. Zjadające swoje ofiary i patrzące na mnie kpiącym wzrokiem. Ale nigdy kopulujące. Nie wiem dlaczego, czy nie miałem szczęścia czy zwyczajnie nie potrafiłem trafić w sezon rozrodczy, w każdym razie zawsze widziałem trzyszcze single. Aż do tego momentu. Szedłem jak zwykle piaszczystą alejką, spod nóg pryskały mi trzyszcze i inne owady. W pewnym momencie zobaczyłem chrząszcza, który wydawał mi się większy niż powinien. Ostrożnie podszedłem kilka kroków i – tak! – nareszcie szczęście uśmiechnęło się do mnie. Dwa trzyszcze siedziały na sobie w nie pozostawiającym złudzeń celu. Zacząłem robić zdjęcia z daleka, żeby mieć jakikolwiek materiał. Stopniowo podpełzałem bliżej. Trzyszcze nie reagowały zajęte sobą. Aż w końcu nastąpił ten moment – miałem już tyle dobrych zdjęć, że przestało zależeć mi na ostrożności i dosłownie nakryłem zwierzaki aparatem. Sama kopulacja mocno mnie rozczarowała. Znając temperament tych chrząszczy spodziewałem się jakiegoś ostrego BDSM, tymczasem nic się nie działo. Trzyszcze siedziały na sobie, nie ruszały się, pod koniec trochę pobiegały i już. Może były to jakieś anemiczne osobniki, ale w sumie dzięki temu mam zdjęcia, które prezentuję poniżej. Poza tym odczuwam wielką ulgę i satysfakcję – był to chyba jeden z moich najdłużej realizowanych, fotograficznych celów.

Od pustynno-piaszczystego upału przechodzimy do chłodu, jaki można zastać 223 metry pod ziemią [*]. Wracając z Krynicy zahaczyłem o Bochnię, miejscowość znaną z kopalni soli. W powszechnym mniemaniu z kopalnią soli kojarzy nam się na pierwszym miejscu Wieliczka, tymczasem to Bochnia była założona wcześniej, w dodatku prawa miejskie uzyskała przed samym Krakowem. Nie będę się tu rozpisywał o samej kopalni – chętni mogą łatwo znaleźć informacje w internecie. Dość powiedzieć, że wycieczka była super. Pod ziemią spędziliśmy ponad cztery godziny, pływaliśmy łodzią po zalanych korytarzach, obejrzeliśmy fajne prezentacje multimedialne, ale przede wszystkim poczuliśmy podziemną atmosferę. Korytarze z solnymi naciekami, ciemność i ta świadomość, że nad głową mamy ponad 200 metrów litej skały. Jeżeli będzie tylko okazja, to chętnie zwiedzę to miejsce jeszcze raz. Szczególnie, że możliwe jest też zwiedzanie nocne z oglądaniem luminescencji soli, która od razu podziałała mi silnie na wyobraźnie. Oprócz samej fantastycznej kopalni mnie urzekła jeszcze jedna rzecz – stuletnia maszyna parowa, która była używana do napędzania wind. Była absolutnie fantastyczna. Jako Łodzianin mam często styczność ze starymi, fabrycznymi murami i mechanizmami. I bardzo je lubię. Te wszystkie precyzyjnie wykonane kółka zębate, tarcze zegarów, kontrolki wypełnione olejem. Zapach mechanizmu, odbicia światła na półokrągłych powierzchniach wałów, mosiężne wstawki. Jednym słowem taką maszynę mógłbym trzymać w dużym pokoju. I tu przechodzimy do drugiego tematu dzisiejszego wpisu – steampunku. Steampunk to taki kierunek w sztuce nawiązujący do czasów maszyn parowych, Wiktoriańskiej Anglii, kreujący alternatywne rzeczywistości, w których rozwój techniki oparty jest na parowo-mechanicznych urządzeniach, zamiast naszej, elektryczno-benzynowej wersji. Wielkie, międzykontynentalne sterowce, parowe maszynerie czy maszyny różnicowe zamiast komputerów. W sferze wizualnej do stempunku zbliżony jest na przykład film „Wild, Wild West” – kto widział, wie mniej więcej jak to wygląda. Steampunk jest odgałęzieniem szerszego nurtu – cyberpunku. I chociaż wizualnie bardzo odpowiada mi steampunkowa stylistyka, to jednak literacko zdecydowanie wolę cyberpunk. Mamy lato, wakacje sprzyjają czytaniu, na zakończenie więc moje propozycje książek z szeroko pojętego cyberpunku. Oraz steampunkowe zdjęcia z Bochni.

1) „Neuromancer” William Gibson – nie ma mowy o rozpoczynaniu od innej książki – Neuromancer to wizjonerska powieść, pierwsza, stanowiąca kanon i początek narodzin całego nurtu. Napisana w czasach, kiedy komputery miały pamięć liczoną w kilobajtach, a sieci istniały tylko w placówkach wojskowych. Warto o tym pamiętać czytając ją dzisiaj.
2) „Zamieć” Neal Stephenson – Stephenson pisze powieści monumentalne, przesycone klimatem przyszłości, którą z wielką swobodą i pomysłowością kreuje. Mnóstwo ciekawych pomysłów stricte technicznych, ale także podbudowa socjologiczna i mitologiczna. Nie czyta się tego jak instrukcji obsługi nowego smartfona, ale jak barwną wizję ujętą w techniczne ramy.
3) „Rzeka bogów” Ian McDonald – Kolejna brawurowo napisana powieść oszałamiająca wizją przyszłości. O tyle ciekawsza, że miejscem akcji są futurystyczne Indie podzielone na rywalizujące ze sobą państwa. Wszechobecne Sztuczne Inteligencje, awatary, hinduska mitologia, a wszystko napisane w sposób sensowny i dający się lekko czytać.
4) „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć” Paolo Bacigalupi – na zakończenie autor o niemożliwym do wymówienia nazawisku, serwujący swoją wizję przyszłości. Androidy, korporacje patentujące kod genetyczny roślin, wizje czasem ponure, a czasem, zabawne. Kolejny pisarz, którego twórczość warto poznać bliżej.

[*] Wiem, że z każdym metrem niżej powinno robić się cieplej. Ale w Bochni tak nie jest – kopalnia służy już tylko do celów turystycznych i jest bardzo mocno wentylowana przez cały czas.

  2 komentarze to “Coitus trzyszczus”

  1. Tak to już jest z tymi celami. Dążysz i dążysz, a jak dodążysz, to wcale nie czujesz się lepiej, tylko szukasz dziury w całym i wyznaczasz sobie nowy cel. No i dobrze, bo inaczej byłoby po prostu nudno:) PS. Chyba jednak wolę trzyszcze od steampunku, choć film o którym piszesz nie jest zły :))

  2. Dobra pierwsza część o madafakach strasznych trzyszczach, ale druga ma lepszy klimat. Jako rodowity Łodzianin doceniam trybiki maszyn – stare fabryczne mroczne klimaty!

 Leave a Reply

(required)

(required)