sie 042024
 
Urlop jest już dalekim wspomnieniem, pora więc najwyższa na wpis o tym, co ciekawego widziałem w czasie jego trwania. Co prawda nie udało mi się nigdzie pojechać (tradycyjnie już), ale nie płaczę z tego powodu. Dookoła mojego bloku mam tyle przyrodniczo ciekawych terenów, że wystarczyłoby ich na kilka urlopów.

Zamiast siedzieć przed ekranami w domu, zająłem się penetrowaniem lasów, łąk i stawów w promieniu najbliższych kilku kilometrów. Oczywiście z aparatem w plecaku. Te dwa intensywne tygodnie najlepiej opisuje cytat z kibicowskiej piosenki z serialu „Ted Lasso” – „Roy Kent, Roy Kent, he’s here, he’s there, he’s every-f@king-where, Roy Kent, Roy Kent!”. Co prawda nie gram w piłkę tak dobrze jak Roy Kent (którego pierwowzorem był oczywiście genialny Roy Keane) i nie jestem jeszcze tak skwaszony, ale reszta się zgadza. Jeżeli chodzi o pobliskie tereny byłem „every-f@king-where” – w Botaniku, na Zdrowiu, na poligonie, przy stawach za Smulskiem, na terenach obok lotniska, w Rudzie…

Ponieważ moja strona jest holistyczna (ha, ha, uwielbiam to słowo, szczególnie w kontekście foliarskiej nowomowy), wróćmy jeszcze do „Teda Lasso”. Ten serial to bez wątpienia najlepsza rzecz, jaką firma na literę „A” (słynąca z pozwów za wymienianie jej pełnej, oznaczającej popularny w Polsce owoc używany do wytwarzania szarlotki, nazwy) dała ludzkości. Serial jest o piłce nożnej i życiu, przewija się w nim masa niezwykle sympatycznych postaci, które dają się lubić i nie irytują. Oprócz pokaźnej dawki humoru przedniej jakości, sporo w nim prostych mądrości życiowych (ale nie takich w pop-stylu Paulo Coelho) oraz podstawowych uczuć i zasad – miłości, przyjaźni, lojalności. Chociaż piłka jest tam ważna, schodzi ona często na drugi plan, ustępując miejsca samym piłkarzom, którzy też są ludźmi i czasem nie wiedzą, jak sobie poradzić z przerastającym ich życiem. Dla fanów futbolu serial oferuje również sporą liczbę smaczków w postaci choćby prawdziwych piłkarzy, na których są wzorowane filmowe postacie. Oprócz wspomnianego już Roya Keana znajdziemy tam Davida Beckhama, Zlatana Ibrahimovicia, Erica Cantonę czy Javiera „Chicharito” Hernándeza. „Ted Lasso” to, moim zdaniem, zdecydowanie najlepszy serial o piłce nożnej, ex-equo z dokumentalnym „Sunderland 'Til I Die”. Ten drugi to już jednak inny kaliber – znakomita opowieść o heroicznej walce piłkarzy i kibiców o klub, który zaliczył spory upadek, ale podniósł się i ponownie zaczął piąć do najwyższej, angielskiej ligi. Oglądając go można dojść do budujących wniosków – mimo wielu dzielących nas różnic, na najbardziej podstawowym poziomie, ludzie w różnych miejscach na świecie są tacy sami. Miłość do Sunderlandu nie różni się niczym od miłości do klubu w Łodzi, Sarajewie, Kopenhadze czy Istambule. W końcu, jak to mawia Dani Rojas – „Football Is Life!”. Niestety, nie mogę Wam tu opowiedzieć o mojej miłości do pewnego klubu, bo za takie rzeczy w Łodzi dostaje się w nos od „drugiej strony miasta”. Klubowa piłka nożna, religia i polityka to trzy tematy, na które nie warto rozmawiać ze znajomymi, jeżeli nie chce się ich stracić.

Ogród Botaniczny
O Ogrodzie Botanicznym mogę pisać zawsze, wszędzie i dowolnie długo. Ponieważ ten wpis poświęcony jest kilku różnym miejscom, ograniczę się tylko do najważniejszych, urlopowych wydarzeń z tego miejsca. Jednym z najbardziej znaczących było spotkanie pazia królowej (Papilio machaon). Motyle te widuję w Botaniku co roku. Należą raczej do rzadkich gatunków – w ciągu sezonu trafia się kilka spotkań z nimi, na kilku roślinach można też spotkać ich gąsienice. W 2024 pazia spotkałem jedynie raz i był to jeden jedyny osobnik. Szedłem akurat obok rabat z lawendą, słońce piekło, upał dawał się we znaki, kwiaty pachniały oszałamiająco, błonkówki brzęczały. Nagle na scenie pojawił się jakiś wariat – wielki, żółty moty o charakterystycznych, „ostrych” skrzydłach, latający ślizgami od rośliny do rośliny. Paź królowej we własnej osobie. W przeciwieństwie do innych motyli na tym obszarze, ten był wyjątkowo trudny do sfotografowania. Przyczyną była jego… waga. Był zwyczajnie zbyt ciężki dla wątłych gałązek lawendy. Kiedy próbował na nich przysiąść, roślina momentalnie uginała się, a owad trzepał w powietrzu i odlatywał. I tak w kółko. Obserwacji jego poczynań poświęciłem dobre kilkanaście minut robiąc sporo zdjęć. Jak się jednak okazało, prawie żadne z nich nie było udane. Paź zbyt szybko zmieniał pozycję, cały czas machał skrzydłami i ogólnie zachowywał się jak pijany. Po pewnym czasie sam widocznie doszedł do wniosku, że nie ma to sensu. Odleciał i więcej nie wrócił. Zostało jednak chociaż kilka dokumentalnych fotek po tym wyjątkowym spotkaniu.

Poligon na Brusie
Dawny poligon wojskowy położony na Brusie jest od pewnego czasu częstym celem moich wędrówek. Jego piaszczyste obszary pełne są ciekawych owadów lubiących prażący upał i rzadką pokrywę roślinną. W czasie urlopu odwiedziłem oczywiście również i to miejsce. Trzeba przyznać, że do wizyt na poligonie trzeba mieć odrobiną szczęścia. Nieraz jest tak, że trafi się w środek sezonu rozrodczego wielkich błonkówek, które roją się dookoła, dając łatwo obserwować i fotografować. Bywają również wizyty, w czasie których nie spotyka się niemalże niczego ciekawego. Takie niestety trafiły się w czasie urlopu. Rozgrzane piaski były praktycznie puste. Chodziłem po nich coraz bardziej sfrustrowany, aż w końcu na samym skraju trafiła się jedna z moich ulubionych much. Słońcówka sówkowata (Villa hottentotta), bo o niej mowa, siedziała sobie spokojnie, dopóki nie podszedłem do niej z aparatem. Kolejne minuty to typowy scenariusz typu „jak z fotografa zrobić głupka”. Mucha siadała, ja się skradałem, mucha podrywała się, ja kląłem. Robiłem to jednak bez specjalnego przekonania, bo dzień był piękny, a w dodatku byłem przekonany, że prędzej czy później uda mi się sfotografować owada. I tak też się stało – kolejna Villa dodana do kolekcji.

Potem nadeszła pora na zabawę z trzyszczami piaskowymi (Cicindela hybrida). W czasie upałów chrząszcze te są bardzo aktywne, nieustannie biegają polując na wiele gatunków bezkręgowców. Zrobienie im zdjęcia zawsze jest wyzwaniem, ale też przyjemnością. Tym razem nie było z tym problemu – przegrzane owady szybko przyzwyczaiły się do mnie i podczas przerw w pogoni pozwalały do siebie podejść. Nie wiem czy chrząszcze przechodzą proces „oswajania się”, ale czasem można odnieść takie wrażenie. Osobniki z populacji trzyszczy z Ogrodu Botanicznego, cały czas mające do czynienia z ludźmi, uciekają później i pozwalają podejść na bliższą odległość. Te z poligony są bardziej ostrożne, ale stopniowo zmniejszają dystans do obserwatora. Natomiast trzyszcze żyjące w miejscach oddalonych od siedzib ludzkich – na skrajach odległych lasów – są praktycznie niemożliwe do sfotografowania – uciekają kiedy dystans przekracza kilka metrów.

Poszedłem dalej, na teren gdzie dawniej była strzelnica czołgowa. Teren tu jest bardziej zróżnicowany, obok szerokich łach piasku rośnie sporo niskiej roślinności, a całość otoczona jest gęstą ścianą lasu. I tu miało miejsce zdarzenie typowe dla moich przyrodniczych wędrówek, a mianowicie spektakularna porażka. Znajomi oglądający moje zdjęcia często pytają, jak ja to robię, że udaje mi się wszystko sfotografować, a wszystkie moje zdjęcia wyglądają dobrze. Ha-ha, niezły żart. Zdjęcia, które wyglądają dobrze i które publikuję, to typowy wierzchołek góry lodowej. Poniżej są setki zdjęć, które nie wyglądają wcale dobrze, a jeszcze niżej można umieścić te, które nie powstały, bo niewychowany owad po prostu uciekł. Szedłem więc sobie po piaskach strzelnicy i nagle zobaczyłem trzyszcza, ale całkiem innego niż piaskowe. Serce zabiło mi od razu mocniej, bo w tym rejonie spotykałem już inny gatunek – rzadkiego trzyszcza leśnego (Cicindela silvatica), którego udało mi się sfotografować tylko raz. Chrząszcz wyszedł akurat na ścieżkę i był na tyle blisko, że dokładnie widziałem wzór na jego pokrywach – nie było mowy o pomyłce. Zacząłem podchody, zbliżyłem się nieco, owad uciekł. Potem przystanął, a ja znów starałem się zmniejszyć dystans. Trwało to dobre kilka minut, w czasie których nie zrobiłem fotki nawet z daleka. Wreszcie trzyszcz znudził się moją osobą i przepadł w zaroślach. Przeczesywałem teren przez kolejne pół godziny. I co? I nic – owad zniknął na dobre, a innych przedstawicieli jego gatunku nie znalazłem. Do kolekcji mogę dodać kolejne niezrobione zdjęcie i zmarnowaną okazję. Trudno, może następnym razem się uda.

Majerowskie Błota
W północno-wschodnim rogu poligonu znajduje się Użytek Ekologiczny „Majerowskie Błota”. Jest to teren zalewany cyklicznie wodą, pełen szuwarów i z niewielkim stawem obrośniętym gęsto roślinami wodnymi. Do tej pory dość rzadko pojawiałem się w tym miejscu, jednak korzystając z urlopu postanowiłem poznać je dokładniej. Staw w czasie pięknej pogody wygląda bardzo malowniczo, z soczystą zielenią i błękitem odbijającymi się w lustrze wody. Najważniejsze są jednak oczywiście owady. Zaraz po podjechaniu na rowerze na brzeg zauważyłem dużą, błękitną ważkę patrolującą okolice trzcin. Z roślin zrywały się mniejsze owady próbując wdawać się z nią w bójki. Były to niebieskie lecichy pospolite (Orthetrum cancellatum) oraz krępe i bursztynowe ważki czteroplame (Libellula quadrimaculata). Mimo, że mniejsze, nadrabiały walecznością przepędzając intruza ze swoich terytoriów. Owady atakowały się błyskawicznie, jedne drugim nie pozwalały usiąść nawet na chwilę. Większa ważka raz na jakiś czas odpoczywała, ale zawsze na trzcinach od strony stawu. Jak na razie nie było rewelacji – ani zdjęć, ani rzadkich gatunków.

Przeszedłem na drugą stronę oczka wodnego i od razu trafił się piękny, czerwony szablak odpoczywający na liściu. Stał na wyprostowanych odnóżach z odwłokiem uniesionym pionowo w stronę słońca i skrzydłami przechylonymi tak, żeby padało na nie jak najmniej promieni słonecznych. Dzień był niesamowicie upalny, ze mnie pot lał się strumieniami, nic więc dziwnego, że nawet ważki były przegrzane. Wspomniana poza to typowa poza zwana obeliskiem pozwalająca im zmniejszyć swój profil, tak żeby słońce ogrzewało tylko wycinek ich ciała. Po szablaku zmęczyła się również duża, błękitna ważka. Usiadła idealnie na wprost mnie, na pionowym liściu trzciny. Był to husarz władca (Anax imperator) – jeden z naszych największych i najpiękniejszych gatunków. Husarze widuję często nad stawami Ogrodu i wielokrotnie je tam fotografowałem. Chociaż mocno zmęczony i przegrzany, wciąż cierpiałem na przyrodniczy niedosyt – chętnie spotkałbym jeszcze coś nowego. Moje wysiłki zostały wkrótce wynagrodzone. Na wyrastającej z wody trzcinie dostrzegłem jakiegoś bardzo karminowego szablaka. Wycelowałem aparat i od razu minęło mi całe zmęczenie. Na wyświetlaczu był nie pospolity szablak, a szafranka czerwona (Crocothemis erythraea) – przepiękny gatunek, na który polowałem od lat, ale jeszcze nigdy go nie sfotografowałem. Spotkanie go tak blisko domu było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, a jednocześnie sprawiło mi wielką radość. Pięknie ubarwiony samiec spokojnie odpoczywał nad wodą, rzadko podrywając się i wracając na miejsce. Niestety odległość była spora i zdjęcia nie wyszły tak dobrze, jakbym chciał, ale i tak chwila warta była zapamiętania. Z całą pewnością spotkanie z szafranką stało się jednym z kamieni milowych sezonu 2024.

Lublinek
Rozochocony spotkaniem z nowym gatunkiem ważki, jednego z kolejnych dni postanowiłem wybrać się w zupełnie nowy rejon. Przestudiowałem zdjęcia satelitarne okolicy i wybór padł na grupkę niewielkich stawów otoczonych zielenią. Położone one są kilka kilometrów od mojego bloku, za osiedlem Smulsko. Nigdy tam nie byłem i nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Dzień był znów upalny, warunki do obserwacji przyrodniczych idealne. Po szybkiej przejażdżce na rowerze znalazłem właściwą ścieżkę i po chwili byłem przy stawach. Niestety, czekało mnie wielkie rozczarowanie. Teren nie był najgorszy, ale daleko mu było do innych, okolicznych miejsc. Stawy zdziczałe i zarośnięte, przy jednym z nich banda krzykliwych cudzoziemców smażyła coś na grillu. Nie było w ogóle ważek. W czasie obchodu dookoła terenu widziałem jedną, dosłownie jedną i to w dodatku latającą nad taflą wody na środku. Dalsze przebywanie w tym miejscu nie miało najmniejszego sensu, zmieniłem więc azymut i odjechałem w stronę naszego lokalnego lotniska zwanego przez prawdziwych Łodzian Lublinkiem. Dookoła niego jest dużo ciekawych i malowniczych rejonów. Są ciekawe lasy mieszane, a na ich terenie zespół niewielkich oczek wodnych. Są większe stawy na otwartym terenie. Jest cała masa suchych łąk i nieużytków. No i jest również samo lotnisko, do którego zawsze mnie ciągnie ze względu na moją miłość do awiacji.

Na dobry początek postanowiłem spenetrować lasy. Stawy na odkrytej przestrzeni odpuściłem. Pogoda była piękna, ergo pewnie opalało się tam dużo ludzi. Nie miałem najmniejszej ochoty paradować między nimi z aparatem i każdemu po kolei tłumaczyć, że aparat służy mi do fotografowania ważek, a nie innych „obiektów”. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale spróbujcie kiedyś zabrać aparat z wielkim obiektywem na plażę. Założę się, że reakcje plażowiczów wszędzie będą podobne. Jeżdżenie po lesie na rowerze zawsze jest fajne, szczególnie po twardych, piaszczystych ścieżkach, kiedy wokół pięknie pachną sosny. Niestety, owadów pomiędzy sosnami nie było. Wjechałem na teren liściastych krzaków i drzew, pomiędzy którymi znajdują się niewielkie stawiki. Tu owady były w dużej ilości. Na moje nieszczęście było to jedynie komary. Z daleka popatrzyłem na wodę, nie zauważyłem żadnych latających ważek, więc nacisnąłem mocniej pedały i wyrwałem się nieprzyjaznego obszaru. Po chwili dojechałem do ogrodzonego pasa startowego.

I tu rozegrała się scena, która głęboko zapadła mi w pamięć i zdecydowanie stała się symbolem tegorocznego urlopu. Przy ogrodzeniu biegnie piaszczysta ścieżka. Rozpędziłem się i popędziłem nią równolegle do lotniska. Kojarzycie kultową scenę z oryginalnego filmu „Top Gun”? Tom Cruise jedzie na ścigaczu Kawasaki obok pasa startowego, z którego startuje piękny myśliwiec F-14 Tomcat. To była scena, o której śnił w 1986 roku każdy nastolatek. Szybki motocykl, bycie asem pilotów, Kalifornia… po prostu esencja marzeń. Tymczasem ja już nie musiałem marzyć – scena przy łódzkim lotnisku była (prawie) identyczna. Jechałem na rowerze i w tym samym czasie równolegle do mnie lądował na pasie dwusilnikowiec ze szkoły pilotów Bartolini Air. Różne były tylko mało istotne szczegóły. Zamiast Kawasaki GPZ 900r mój składak Btwin Fold 100. Zamiast F-14, turbośmigłowa awionetka TECNAM P2006T. Zamiast lustrzanek Aviator, hmmmm… moje zwykłe okulary korekcyjne. Zamiast Hollywood – HollyŁódź. No i zamiast Toma Cruise’a – ja we własnej osobie. Brakowało jedynie ekipy z kamerą filmową. A szkoda, bo nakręcony materiał łatwo przebiłby się do czołówki filmowych hitów 2024.

Po kilkuset metrach moją uwagę przykuł ruch na piaszczystej drodze, wytraciłem więc swój topgunowy pęd, zsiadłem z maszyny i poszedłem zobaczyć co to? Okazało się, że były to pierwsze tego dnia ciekawe owady – trzyszcze piaskowe. Gatunek ten spotykam wszędzie, ale nie przestaję go lubić. Tym razem również pouganiałem się za nim trochę. Wokoło rozciągała się bardzo sucha łąką. Większość roślin była barwy słomkowej, sucha, trzeszcząca i zaopatrzona w kolce. Latało nad nimi trochę pospolitych motyli, muchówek i błonkówek. Były różne gatunki trzmieli, wszechobecne wardzanki, kilka ciekawych bujanek. W pewnym momencie zauważyłem znajomy, czarny kształt – był to samiec wielkiego łowika Dasypogon diadema. Nie tak dawno, na poligonie, goniłem podobnego przez dłuższy czas, ale niestety bez powodzenie. Nie robiąc sobie większych nadziei zacząłem podchody. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu mucha nie reagowała, chociaż zbliżałem się coraz bardziej. W pewnym momencie myślałem nawet, że jest martwa, ale jednak nie. Kiedy zrobiłem jej zdjęcia z bardzo bliska i zacząłem bezceremonialnie przestawiać trawę, na której siedziała, wreszcie zerwała się do leniwego lotu, by opaść kilka metrów dalej. Sytuacja powtórzyła się kilka razy, aż w końcu miałem dostateczną liczbę zbliżeń. Przypominam – panował upał, słońce prażyło. Nie było więc mowy o tym, żeby owad był wychłodzony. Dlaczego więc był tak niemrawy? Nie wiem. Może złapałem go akurat po obfitym posiłku? Może dobiegał kresu życia? A może był zarażony jakimś grzybem? Jak zawsze w podobnych przypadkach wiele pytań i ani jednej pewnej odpowiedzi.

Pojechałem dalej, tym razem boczną drogą pośród wilgotnego lasu liściastego, na której co jakiś czas stały jeszcze kałuże wody po nocnym deszczu. Przy jednej z nich zauważyłem parę sporej wielkości, ciemno ubarwionych motyli. Były to szukające wilgoci i soli mineralnych mieniaki strużniki (Apatura ilia). Gatunek ten nie jest w moich okolicach specjalnie rzadki, jest jednak stosunkowo trudny do zobaczenia. Motyle przeważnie przebywają wysoko w koronach drzew, siadając na liściach i wygrzewając się w promieniach słońca. Na ziemię zlatują głównie w poszukiwaniu kałuż, wilgotnego piasku oraz – wstyd niszczyć ich legendę delikatnych piękności – kup. Tak jest. Świeże, zwierzęce kupy są dla wielu owadów źródłem poszukiwanej wody, a także łatwo dostępnych składników mineralnych. Szczególnie w czasie panujących upałów. Para „moich” mieniaków podlatywała, siadała, zalecała się do siebie i spijała wilgoć. Zająłem się ich oglądaniem i fotografowaniem. Ten gatunek posiada niezwykłą cechę – całkowicie zmienia barwę w zależności od kąta padania światła. Samica jest brązowa, za to samiec przybiera kolory od ciemnego, wpadającego w czerń brązu, aż po wspaniały, jasny i błyszczącey błękit. Zajęty motylami nie zauważyłem, że niedaleko mnie stanął radiowóz, z którego dwóch policjantów przygląda mi się podejrzliwie. Była to kolejna z „tych” sytuacji, w których ciągle znajduje się fotograf przyrody. „Nie panie policjancie, nie zbieram dokumentacji fotograficznej zabezpieczeń lotniska, po prostu czekam, aż te ciekawe motyle znajdą sobie świeżą kupę”. Oczywiście mieniaki po przejeździe stróżów porządku bezpowrotnie odleciały, ale chociaż dobre było to, że nasze lotnisko jest stale patrolowane i dobrze zabezpieczone.

To oczywiście nie wszystkie ciekawe spotkania z przyrodą, jakie przeżyłem na urlopie. O części z nich pisałem już wcześniej, o innych pewnie napiszę za jakiś czas. Najbardziej cieszy mnie to, że mimo deweloperskiej inwazji w mieście wciąż istnieje wiele nienaruszonych enklaw, w których przyroda rozwija się w najlepsze. Co więcej, coraz wyraźniejszy staje się trend odwrotu od betonozy. Na wielu osiedlach sadzone są drzewa i przygotowywane inne pomoce dla zwierząt. Na przykład u mnie pod blokiem od wielu lat istnieje piękny, lokalny park, do którego każdego roku przybywają nowe ptaki i zwierzaki. Administracja osiedla jest otwarta na ochronę i wspomaganie przyrody i aktywnie wprowadza bardzo fajne projekty. Nie tak dawno na przykład, na szczytowych ścianach wieżowców pojawiły się w sporej liczbie specjalne budki lęgowe dla jerzyków. Oby tak dalej!

Jeżeli podoba Ci się ten wpis… Postaw mi kawę na buycoffee.to …postaw mi kawę! Dziękuję serdecznie 😉

Sorry, the comment form is closed at this time.