![]() |
Wymyśliłem. Połączę stronę przyrodniczą z kulinarną – na to jest zawsze moda. Nazwę ją (jako fan Darwina) „Kuchenne Ewolucje”. Będę dużo krzyczał, ciskał się i używał wyrazów zaczynających się na „k” i „ch”. Jako składniki posłużą mi bezkręgowce – lubię je. No i muszę jeszcze pomyśleć o buziaczkach i papatkach na koniec wpisów. |
Zaczynamy od prostej potrawy dla początkujących. Do jej wykonania potrzebujemy ogniska, dużego kotła, trochę warzyw do smaku i bezkręgowców. Warzywa myjemy, kroimy i wrzucamy do kotła zawieszonego nad ogniskiem – niech się tam smażą, czy gotują, czy co tam warzywa robią w kotłach zawieszonych nad ogniskami. Część najistotniejsza, to wkładka mięsna. Rozglądamy się uważnie po okolicy i łapiemy wszelkie możliwe bezkręgowce – pająki, muchówki, błonkówki. Chrząszcze są nieco za twarde i wymagają dłuższego gotowania. Z kolei motyle ubarwią potrawę żywymi kolorami, ale pamiętać trzeba, że łatwo się rozgotowują i wrzucamy je na końcu. Nie polecam owadów kolczastych i owłosionych – szkoda z nimi zachodu, włażą w zęby, a pożytek z nich niewielki. Bardzo ważne ostrzeżenie – nie łapiemy owadów czerwonych. Owad czerwony = owad zły. Albo trujący, albo niesmaczny. Szczególnie uważać trzeba na kraśniki – zbudowane są głównie z cyjanku. Złapane bezkręgowce ćwiartujemy, odrywamy im nogi i inne wystające części, następnie złorzeczymy im, żeby lepiej się gotowały i wrzucamy do kotła śmiejąc się diabolicznie. Robota skończona. Siedzimy przy kotle, dopychamy chochlą próbujących się wydostać uciekinierów, staramy się zrelaksować i zbliżyć do przyrody. Potrawa jest gotowa, kiedy w środku już nic się nie porusza. Podajemy ze świeżym pieczywem i białym winem.
Bon appétit!
ps. Polecaliście mi jakiś czas temu książkę Bernda Heinricha „Chrapiący ptak”. Dzisiaj przypadkowo dostrzegłem ją w księgarni i oczywiście natychmiast kupiłem. Zabieram się do lektury.
![]() |
![]() |
![]() |
5 komentarzy to “Kuchenne ewolucje”
Sorry, the comment form is closed at this time.
Wszelki Organizm Darwina Chwali, czyli Botanik nie odszedł jednak do Krainy Wiecznej Ewolucji (jak twierdzili, co poniektórzy, czyli … co poniektórzy!). „Potrawa jest gotowa, kiedy w środku już nic się nie porusza” Tę, ponadczasową maksymę każę sobie wyszyć sobie na niedzielnym obrusie:))
Botanik jak Lenin – wiecznie żywy 🙂 Kryzys się skończył, nabrałem ochoty na pisanie i fotografowanie. Zobaczymy tylko, czy się uda, bo dni są coraz krótsze. Ale zawsze zostają weekendy 🙂 Z maksymą dobry pomysł – od razu mi się zwizualizowała na takich białych, kuchennych makatkach wyszywanych niebieską nicią 🙂 A za polecenie książki serdecznie dziękuję – bardzo dobrze się czyta.
PS. Jakie polecaliście?! Ja polecałem:)
Zaskakujący wpis! Uśmiałam się do łez 😀
Zupka była dobra? Ja wolałabym coś jarskiego. Z upływem lat coraz mniej jadam mięsiwa, a pająki to w ogóle nie moja bajka 😉
Mimo wszystko długo Cię trzymało. PS. Cieszę się, że Ci się podoba. Mojej żonie znacznie mniej i chyba domyślasz się dlaczego:))