Spacer zaczęliśmy od szybkiego rozpoznania, co siedzi na kwiatach. Kwiatów było dużo, traw jeszcze więcej. Rozciągały się jak na jakiejś sawannie we wszystkich kierunkach i, niestety, falowały. A to oznaczało, że wieje wiatr. Jak już wielokrotnie pisałem, robienie zdjęć makro w czasie wiatru jest słabym pomysłem. Owadów też nie było za dużo – trochę muchówek, jakieś motyle nocne, drobnica, w dodatku bujająca się wraz z roślinami. Z samych roślin udało mi się rozpoznać dziurawca zwyczajnego (Hypericum perforatum L.), poza nim dużo było jakichś rumiankopodobnych i ostopodobnych gatunków, o których nie wiem nic. Niestety, nie było takich wielkich, dorastających do jakichś 2 metrów ostów. A szkoda, bowiem w poprzednich latach żerowały na nich pazie królowej.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Motyli w ogóle było jak na lekarstwo. W poprzednich sezonach nad roślinami unosiła się chmura złożona z mniejszych i większych gatunków. Nam udało się spotkać jedynie dwa gatunki karłątków, dwa modraszki, dostojkę… Najbardziej zadowolony jestem jednak ze sfotografowania strzępotka gliceriona (Coenonympha glycerion) – motyl ten nie występuje w ogóle w Ogrodzie, a przynajmniej ja go tam nigdy nie widziałem, więc spotkany kilkaset metrów dalej jest już czymś całkiem egzotycznym. Widzieliśmy też jego o wiele bardziej popularnego kuzyna – strzępotka ruczajnika (Coenonympha pamphilus), który występuje wszędzie. Przy okazji strzępotków uwaga techniczna – ich budowa ciała powoduje, że na zdjęciach wychodzą zawsze przeostrzone. Nie wiem dlaczego tak się dzieje akurat z nim, ale zawsze kiedy zrobię im zdjęcia, od ich oglądania wypadają oczy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Po drodze udało się jeszcze sfotografować kilka chrząszczy, co zawsze cieszy, bo z nimi akurat mam bardzo mało do czynienia. Doszliśmy wreszcie do bardziej suchego obszaru. Wokół nas rozciągały się tereny wysuszone, o niskiej roślinności. Dużo było rozchodników (Sedum sp.) tworzących piękne, żółte dywany. Wśród nich wystawały różowawe kwiaty goździków polnych (Dianthus campestris) i jeszcze jakichś niebieskich, których nazwy nie znam. Łąka żyła, trzeszczała w ostrych promieniach słońca i brzęczała tysiącem głosów. I muszę przyznać, że najbardziej lubię właśnie ten typ łąki, kwitnącej, brzęczącej, wysuszonej, wyprażonej upałem, z falującym powietrzem nad nią.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Cały teren przecinają liczne, polne drogi. Takie typowo wiejskie, zbudowane z miałkiego piasku, z trawą rosnąca w każdym możliwym miejscu. Zeszliśmy na jedną z nich i nagle coś zerwało mi się spod nóg i parabolą przeleciało kilka metrów. Nie mogło być wątpliwości – trzyszcz piaskowy (Cicindela hybrida) – mój ulubiony, drapieżny chrząszcz. Bardzo ucieszyło mnie to spotkanie, ponieważ trzyszczy w Ogrodzie obecnie nie ma wcale. Jak widać kawałek dalej ocalała jednak inna populacja. Kilka minut zajęło mi podejście chrząszcza na tyle, żeby zrobić jakieś sensowne zdjęcie. W tym czasie obok nas fruwało i brzęczało coś dużego i pasiastego. Były to wardzanki (Bembix rostrata), których również w tym roku jeszcze nie widziałem w Ogrodzie, natomiast spotkałem i na Lublinku i na łące. Kolonia wardzanek była całkiem spora, liczyła kilkadziesiąt osobników. Błonkówki kopały norki, krążyły i odganiały liczne pasożyty, które usiłowały w ich norkach złożyć własne jaja. Przy okazji robienia zdjęć zauważyłem, że owady te mają sporą rozpiętość kolorystyczną – od całkiem bladych, do głęboko żółtych. Po wardzankach udaliśmy się już w stronę najbliższej pizzerii, obejrzeć zdjęcia i omówić rezultaty wycieczki. Z całą pewnością wrócę w to miejsce jeszcze nie raz, bo pomimo bliskości Ogrodu, można tu spotkać całkiem inne gatunki bezkręgowców.
![]() |
![]() |
![]() |
Dzisiejszy wpis w większości nie ma sensu, ale mam usprawiedliwienie – pisałem go bombardowany co chwila komunikatami mojego syna (Tato, załatwiłem bossa i wypadł mi epicki łuk!) i mam w mózgu sokowirówkę.
Piszesz, że prawie nic nie było, a na zdjęciach bogactwo 🙂 Tak na marginesie, to dzięki Tobie dotarło do mnie, że Łódź, to nie tylko dziwne (jak dla mnie), szare (byłem tylko raz w ubiegłym wieku) miasto, ale także i przyroda:)
To co napisałeś, to dla mnie największy komplement 🙂 Mam w sobie od dawna łódzki mesjanizm i moją ambicją jest propagowanie mojej Łodzi w internecie, takiej jaka jest naprawdę, a nie goebelsowsko-onetowego obrazu miasta kominów i dzieci w beczkach. Bardzo się cieszę i będę się starał dalej 🙂 Niedługo planuję jakiś większy wpis o Łagiewnikach, z którego dowiemy się, że w Łodzi jest największy w Europie leśny kompleks położony w granicach miasta.
O dzieciach w beczkach nie słyszałem, ale z przyjemnością przeczytam o Łagiewnikach, zwłaszcza, że byłem przekonany, że to my mamy najwięcej lasu w mieście :)))
Jeśli o rośliny chodzi, to bardzo proszę. Od drugiego zdjęcia poczynając i pomijając dziurawiec: chaber (może nadreński, do rozpoznawania chabrów niezbędny jest widok koszyczka), wiesiołek, przymiotno białe i na końcu mój ulubiony jasieniec, przepadam za jego kwiatuszkami. Zresztą nie tylko ja, co widać po Twoich zdjęciach. 🙂
Ten skakun jest świetny, wyszło mi, że to krzyżnik tanecznik, ech, fajnie by było kiedyś takiego spotkać.
Dziękuję pięknie za nazwanie roślin 🙂 Wiesiołka lubię z leśmianowskiej nazwy 🙂 A skakun to oddzielna historia – zaparkował na bucie mojego syna i nie zamierzał go opuścić. Świetne pająki, zdecydowanie moje ulubione. Widuję na balkonie 2-3 gatunki. No i kiedyś muszę zrobić o nich wpis, bo warto!
Grześ … trzyszcz i do tego piaskowy! Znajomością tych dziwolągów wprawiasz mnie w zachwyt. Wiesz, ja w świecie owadów funkcjonuję na etapie ważka, motyl, ćma :)))
To teraz pomyśl o takim trzyszczu wielkości dzika 🙂 To już by nie były przelewki tylko rzeźnia 🙂
Bardzo ciekawy wpis – fajnie się czytało.
Te niebieskie kwiaty na Twoich zdjęciach to jasieńce piaskowe.
Ach, więc i Ty zauważyłeś, że wardzanki różnią się ubarwieniem? W ostatnim czasie sfotowałam dwie i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ich ubarwienie nie jest typowe, choć oczy mają duże i zielone. Jedną z nich określiłabym jako żółto-czarną. Nie doszukałam się, jak dotąd, nazwy innego gatunku owada, podobnego do wardzanki i z takimi oczami. Za jakiś czas opublikuję zdjęcia – może będziesz mógł je zidentyfikować?
„I muszę przyznać, że najbardziej lubię właśnie ten typ łąki, kwitnącej, brzęczącej, wysuszonej, wyprażonej upałem, z falującym powietrzem nad nią.” – prawda? 🙂
Z tymi strzępotkami to prawda :p Może mają wyjątkowo ostre łuseczki :p Ale tak naprawdę to chyba po porostu efekt posiadania ogromnej liczby malutkich włosków. Rzecz do zbadania pod mikroskopem.
Ta dostojka to chyba dafne 🙂 Choć, jeśli masz więcej jej zdjęć to można by potwierdzić 🙂
Jak zwykle perfekcyjne zdjęcia i widać na nich efekt zadowolenia z udanej wycieczki 🙂
Grzesiu,
Myślę, że powinieneś częściej zaglądać na tą łąkę. Miejsce jest naprawdę fantastyczne. Szkoda tylko, że parę lat temu wykosili wszystkie kępy osiki i brzozy z części przylegającej do Juszczakiewicza. Polecam zwłaszcza okolice nowej Biedronki i piaszczyste tereny przylegające do lasu. Sam las też jest niesamowity – spore sosny i miejscami zupełny brak podszytu, a w runie tylko trawa. Zawsze spotykałem tam sporo złotek jasnotowych – kępy jakiejś jasnoty czy poziewnika rosną w lesie w okolicy bunkra. Z kolei na zapleczu parkingów (tych przy Kusocińskiego) jest bardziej wilgotno, możesz się tam spodziewać fajnych stworów – na pewno siedzi tam lśniak szmaragdek czy jakiś jego kuzyn (nigdy nie chciało mi się ich oznaczać)
Dostojka to raczej ino. Skakun to na pewno Pellenes tripunctatus, czyli jak wyżej oznaczono 😉 Fajny gatunek, związany z muszlami ślimaków, a do tego z Czerwonej Listy! Glyceriona nigdy tam nie widziałem, za to powinien być Cupido argiades (widziałem).
Pozdrawiam,
Markus