Cze 152017
 
Miałem napisać coś o moim balkonie, nawet zrobiłem już zdjęcia i zabrałem się do pisania, ale… Dzisiaj poszedłem zaraz po śniadaniu na spacer do Ogrodu i spotkałem kilka ciekawych gatunków ważek. Balkon będzie musiał poczekać na swoją kolej, a teraz trochę ważkowych opowieści.

Pogoda od rana była fantastyczna, czyste niebo, świecące słońce, właściwa temperatura. Łódzki Ogród Botaniczny przywitał mnie bujną zielenią i gonitwami ptaków. Do tego wszędzie kwitnące kwiaty i… czegoś jakby brakowało. Owadów. Po raz kolejny, mimo idealnych warunków było ich wyjątkowo mało. Na kwiatach krzątały się prawie wyłącznie pszczoły miodne. Na łąkach nie było w ogóle motyli. Nie widziałem ani jednego pająka. Na szczęście były ważki. Nie było ich niestety tyle, co w poprzednich sezonach, ale chociaż były obecne. Wśród trzcin i trawy latało wiele małych, niebieskich gatunków, ja jednak postanowiłem skupić się na tych większych.
Moją pierwszą „ofiarą” był samiec lecichy pospolitej (Orthetrum cancellatum). Ta sporej wielkości ważka należy do rodziny Libellulidae i osiąga długość do 50 mm. Gatunek ten charakteryzuje się znacznym dymorfizmem płciowym. Samiec jest pokryty niebieskim nalotem, natomiast samica ma barwę bursztynowo-czarną, dzięki czemu przedstawiciele różnych płci wyglądają jak ważki całkiem różnych gatunków. Lecichy występują w Ogrodzie bardzo powszechna, ale i tak ucieszyłem się z ich spotkania. Szczególnie, że łaskawie siadały na pięknie wyizolowanych z tła trzcinach. A ja lubię porządek. Lubię porządek w życiu, w kuchni i w łazience. I na zdjęciach również. Większość zdjęć przyrodniczych charakteryzuje się sporym bałaganem. Wyjątkiem są tu ważki – często da się im zrobić zdjęcie na jednolitym tle, w dodatku z elegancką, ukośną kompozycją. Sama radość!

Lecichy siedziały na swoich trzcinach, ale nie były same. W okolicy latały też ważki czteroplame (Libellula quadrimaculata) – kolejne przedstawicielki rodziny Libellulidae, wielkością zbliżone do lecich. Ten gatunek ubarwiony jest podobnie do samic lecichy – na bursztynowo-czarno. Dodatkowo posiada na skrzydłach cztery wyraźne plamy. Dodatkowo nasada tylnego skrzydła jest także zabarwiona na czarno. Ważki czteroplame są również bardzo powszechne w Ogrodzie. Ponieważ zajmują te same siedliska co lecichy, często dochodzi między nimi to przepychanek i walki o terytorium. Trochę poobserwowałem te wzajemne gonitwy, popodziwiałem zdolność do nagłych manewrów w locie i poszedłem dalej.

Postanowiłem poszukać pająków – skakunów. Doskonałym miejscem dla nich są nagrzane słońcem, kamienne murki, na których skakuny mogą polować na przysiadające owady. Pająków nie spotkałem za to coś zerwało mi się spod nóg i uciekło. Nauczony doświadczeniem nie goniłem za spłoszonym owadem, tylko spokojnie czekałem w tym samym miejscu. Po chwili zguba się znalazła – dosłownie na wyciągnięcie ręki wylądowała samica lecichy pospolitej (Orthetrum cancellatum). Ostrożnie zacząłem robić jej zdjęcia, ważka jednak ignorowała mnie całkowicie. Po zrobieniu kilku fotografii od strony grzbietowej schyliłem się i chciałem zrobić kilka ujęć z boku. I wtedy wyjaśniło się, dlaczego lecicha nie zwracała na mnie uwagi. Złapała w locie jakąś tłustą muchę (prawdopodobnie) i właśnie ją konsumowała. Zachęcony zacząłem robić zdjęcia z coraz mniejszej odległości, prawie wsysając owada w obiektyw. Lecicha w końcu się znudziła, zjadła posiłek, zrobiła kilka głupich min i odleciała.

W tym momencie byłem w pełni usatysfakcjonowany wynikami polowania, uważałem że wysiłek się zwrócił, ciekawe ważki były, fajne zdjęcia były, można wracać na obiad. Wszystkie większe stawy miałem już za sobą, w drodze do domu został mi jeden malutki, właściwie takie ocementowane bajorko w kształcie nerki. Przechodziłem koło niego, kilka osób gapiło się na żaby, inni karmili kaczki. Jednym słowem nuda. Ale zaraz – kątem oka zauważyłem, że w powietrzu mignęła mi kolejna spora, niebieska ważka. W dodatku całkiem gruba. Nie mogło być wątpliwości – miałem do czynienia z kolejnym przedstawicielem Libellulidaeważką płaskobrzuchą (Libellula depressa). Ucieszyłem się z tej niespodzianki, bo ważka ta jest zdecydowanie rzadsza na terenie Ogrodu. W ciągu ostatnich kilku lat widuję maksymalnie do kilku osobników tego gatunku, o ile w ogóle uda mi się ją spotkać. Teraz pozostał problem zrobienia jej zdjęć, bo oczywiście od razu sobie postanowiłem, że nie wyjdę dopóki nie będę jej miał na matrycy. Pierwszym problemem byli inni zwiedzający. Na szczęści zdążyli już nakarmić kaczki i nadziwić się, że żaba zielona jest zielona i rozeszli się w swoje strony. Problem numer dwa – latająca ważka nie kwalifikuje się do zrobienia zdjęcia moim aparatem. Ten problem też po pewnym czasie się rozwiązał sam – ważka usiadła na jedynym, wystającym z wody badylu. Niestety od razu powstał kolejny problem – jedna z żab wylazła na brzeg i usiadła dokładnie między mną, a ważką na badylu. Musiałem podejść bliżej, ale tak, żeby nie spłoszyć żaby, żeby ta nie spłoszyła mi ważki. Na szczęście cierpliwości mi nie brakuje, po jakimś czasie udało się i efektem tego są całkiem zadowalające zdjęcia ważki płaskobrzuchej. Kto wie, czy nie pierwsze i ostatnie w tym sezonie. Zadowolony z wykonanego zadania udałem się na obiad. W tak zwanym międzyczasie udało mi się spotkać jeszcze kilka innych ciekawych zwierzaków, ale o nich napiszę już innym razem.

  10 komentarzy to “Libellulidae razy trzy”

  1. OOOOO! jaki długi i optymistyczny wpis! Oby tak dalej. Zwłaszcza że napisany ciekawie i dobrze się czyta 🙂

  2. „nadziwić się, że żaba zielona jest zielona” hahahah :p
    Świetne zdjęcia ważek. No genialne jest zdjecie samicy na 8 fotografii. Bezcenna minika :p Można by pomyśleć, że te mechaniczne zwierzątka z tyloma ruchomymi cześciami mogłby opanować proste miny 🙂
    I trzeba było podpłoszyć ważkę do żaby to miałbyś kolejne ogniwo łańcucha pokarmowego :p
    Czyli u Ciebie też mniej owadów, motylków i tylko dzielne prehistoryczne ważki oparły się zimie.
    Fajne w tej zmiennej kolorystyce samca i samicy (że samiec jest niebieski) jest to, że samiec jest jak samicy tylko czasowo pokrywa się tym kolorkiem i z czasem widac pierwsze prześwity żółtego.
    Czekamy na zaniechany czasowo wpis 🙂

    • Samica zjadła wielką muchę a potem zaczęła „myć zęby”, dzięki czemu zrobiła serię zabawnych min 🙂 W ogóle ładnie pozowała – jedząc nie chciało jej się odlatywać i mogłem natrzaskać zdjęć z bardzo bliskiej odległości.

  3. Za każdym razem się dziwuję, że ważki jadają dolną częścią głowy, przecież wyraźnie widać, że w połowie buźki mają usteczka. 😉 Robala złapała wielkiego, hoho, ledwo jej się zmieścił. Skojarzyło mi się to zdjęcie ze wspomnieniem o nurogęsi, która na moich oczach złapała tak ogromną rybę, że z trudem dała radę ją przełknąć.
    Też wczoraj spotkałam lecichy, ostatnio jest na nie urodzaj. Płaskobrzuchą mam ciągle w planach. A żabcia była złośliwa z natury, widać po oczach.

    • Hahaha, dokładnie 🙂 Usteczka mają widać tylko na pokaz. Kiedyś widziałem film w zwolnionym tempie z polującą ważką – ten jej aparat gębowy jest wyrzucany, rozkładany i bardzo długi. Pięknie to natura zaprogramowała. A propos jedzenia dużych rzeczy – kiedyś widziałem zaskrońca jedzącego tak wielką rybę, że w połowie zrezygnował i ani w przód, ani w tył nie mógł jej przepchnąć.

      • Zachęciłeś mnie i poszukałam filmów. O rety, jaki to sprawny drapieżnik. Scena z łapaniem motyla w locie była niesamowita. A ta jej gęba… przerażająca, uchh.
        Dla zaskrońca wyrazy współczucia. Mam nadzieję, że w końcu dał jakoś radę, albo w jedną stronę, albo w drugą. 😉

  4. Bardzo ciekawa historia i świetne portreciki 🙂

  5. Właśnie zastanawiam się co ustrzeliłam niedawno, myślałam, że łatwiej będzie z oznaczeniem. Teraz już zgłupiałam….

 Leave a Reply

(required)

(required)