Kwi 032017
 
W podniosłym i radosnym nastroju rozpoczynam dzisiaj biblijnym cytatem, albowiem chwila nadeszła – wiosna jest z nami i bramy Łódzkiego Ogrodu Botanicznego uniosły swe szczyty… no może niezupełnie, ale w każdym razem zostały otwarte i sezon 2017 rozpoczął się.

W większości przypadków pierwsze wizyty w Ogrodzie wyglądają podobnie. Tu przylaszczka, tam sasanka, tu cytrynek, tam nieco ociężała pszczoła. Przez kilkanaście pierwszych dni przyroda dopiero zaczyna się rozkręcać. Pamiętam zresztą o wiele gorsze lata – szczególnie jedno otwarcie zapadło mi w pamięć, kiedy to wszystko pokryte było grubą warstwą śniegu, wiatr szalał i niósł białe tumany, a ja, jako jedyny odwiedzający, przemykałem w grubej kurcie robiąc zdjęcia telefonem, bo aparatu nie dało się wyjąć. Tym razem było inaczej, a nawet zupełnie inaczej. Temperatura podskoczyła do ponad dwudziestu stopni, cały dzień świeciło piękne Słońce, a powietrze miało w sobie tę wiosenną, rozleniwiającą nutę, która zachęca do położenia się gdzieś w trawie i gapienia na cuda przyrody. Takiego dnia nie mogło mnie oczywiście zabraknąć w tym miejscu. Zmuszony byłem zawrzeć z moim synem umowę (przejdziemy się do Ogrodu, a potem będziesz mógł grać na komputerze) i ruszyliśmy. Początek był tradycyjny, czyli białe kwiatki, niebieskie kwiatki i żółte kwiatki. Tym razem jednak po raz pierwszy spotkałem nieznane mi wcześniej cieszynianki wiosenne (Sanicula epipactis) – rośliny te nie są może tak efektowne jak inne wiosenne kwiaty, ale za to wiąże się z nimi ciekawa legenda o szwedzkim żołnierzu. Nie lubię kopiować i wklejać czyjejś pracy, dlatego zainteresowanych odsyłam do Wikipedii. Spacerując pomiędzy całkiem jeszcze nagimi drzewami mijaliśmy kolejno przylaszczki, ziarnopłony, cebulice, sasanki… Bardzo lubię ten pierwszy etap wiosny, kiedy zobaczenie każdej kwitnącej rośliny czy lecącego owada urasta do rangi prawdziwego wydarzenia. Oprócz roślin i owadów na każdym kroku spotykaliśmy znajomych. Widać było, że również oni nie mogli się już doczekać otwarcia i licznie ruszyli do Ogrodu korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji.

Doszliśmy w końcu do Działu Roślin Leczniczych i Przemysłowych i tu czekała na nas największa niespodzianka – trzyszcze piaskowe (Cicindela hybrida). To pierwszy taki przypadek, żebym w dniu otwarcia Ogrodu spotkał te chrząszcze. Owszem, widywałem je już w kwietniu, ale nigdy tak wcześnie. Co dziwniejsze, temperatura nie była chyba aż tak wysoka w ciągu ostatnich kilku dni. Tak czy inaczej trzyszcze ocknęły się i zajęły tym, co wychodzi im najlepiej – czyli polowaniem. Pooglądaliśmy kilka zawrotnych pościgów za mrówkami i jakimiś małymi bezkręgowcami (zawsze uwieńczonych sukcesem), a ja zabrałem się za próby robienia zdjęć. Było to trudne. Istnieją w przyrodzie dwa gatunki, które nie są w stanie ustać w jednym miejscu dłużej niż 17 milisekund. Pierwszym z nich są właśnie trzyszcze. Drugim jest Michał – mój potomek. Wyglądało to tak. Podpełzałem do trzyszcza. On uciekał. Za którymś razem udawało mi się na tyle, że już prawie robiłem zdjęcie. W tym momencie mój syn podlatywał z impetem i okrzykiem – Tato, zobacz, tam siedzi!!! – po czym wyciągał rękę i palcem wskazującym wskazywał miejsce, w którym przed chwilą siedział chrząszcz. Mimo tego udało mi się zrobić kilka zdjęć, po prostu musiałem mieć dowód z tego spotkania, a są one dla mnie więcej warte niż zdjęcia jakiegoś wilkowora tasmańskiego czy innego łatwego do sfotografowania zwierza.

Po powrocie do domu wcieliliśmy w życie naszą umowę, a ja skorzystałem z czystego nieba i zrobiłem kilka zdjęć Słońca. A także kilka zdjęć samolotów. A potem zająłem się porządkowaniem balkonu. I sadzeniem. A kiedy już wszystko umyłem, posadziłem i wyczyściłem, przyleciała pierwsza w tym sezonie pszczoła – murarka ogrodowa (Osmia rufa) i zaparkowała w moim domku dla owadów na noc. Co od razu uznałem za doskonały omen w rozpoczynającym się sezonie. O pracach balkonowych zrobię w wolnej chwili osobny wpis, natomiast krzątając się tam, po raz kolejny doszedłem do wniosku, że przyroda dosłownie wlewa nam się do domu i jest tyle ciekawych tematów do fotografowania, nawet nie ruszając się z domu, że jedynym czego brakuje jest czterdziestośmiogodzinna doba. Ale to może za jakiś czas – prędkość ruchu obrotowego Ziemi zmniejsza się, więc pewnie taka doba nas czeka za kilkaset milionów lat.

  11 komentarzy to “Adtollite portas principes vestras”

  1. Bardzo ładne te cieszynianki. Chyba widziałam kiedyś te kwiaty na zdjęciu, ale nie znałam ich nazwy. Ten ostatni też jest mi znany z netu. Chyba to kokorycz? Pierwsza roślina to dla mnie zupełna nowość. Wygląda bardzo efektownie. Czy wiesz, jak nazywa się?
    Trzyszcze też są bardzo ciekawe. Nie miałam pojęcia o istnieniu takich owadów. Dobrze, że udało się tobie je upolować pomimo przeciwności.

    • Nazwę rośliny sprawdzę przy następnej wizycie. Wiem, że lubi cień i wilgoć i to tyle 🙂 Druga roślina faktycznie jest podobna do kokoryczy, ale też musiałbym to sprawdzić. Zawsze zapominam zrobić zdjęcia z tabliczkami opisującymi gatunki…

  2. Do najbliższego ogrodu botanicznego mam ponad 80 kilometrów, pozostaje mi tylko obchód osiedlowych rabat i działek 🙂

    • Ja do swojego mam jakieś 160 razy bliżej 🙂 A rabaty i działki też są warte odwiedzenia. A także wszelkie dzikie sady i okolice torów kolejowych.

  3. Kiedy w sobotę pociłem się, jak szczur w woderach, pomyślałem, że Ty pewnie jesteś w swoim żywiole:)) U nas nie jest jeszcze tak kolorowo, choć przylaszczki już kwitną. A tak na marginesie. W jakim procencie flora Ogrodu jest naturalna?

    • Ha, przewidziałem to 😉 Masz za swoje, ja tak marudziłem zimą 🙂 Ogród jest wielki, w części bardzo zorganizowany i „ugrzeczniony” (część japońska czy alpinarium), ale bardzo duży obszar jest „dziki” pełen naturalnych łąk z masą roślin i bezkręgowców (dział flory polskiej). I, szczerze mówiąc, te naturalne części są dla mnie największą atrakcją.

      • No mam :))))) Nigdy nie widziałem czegoś takiego w Polsce (znam podobne z Holandii). W praczasach powstała koncepcja zorganizowania podobnego obiektu na terenach UWM, ale chyba upadła z braku kasy. Szkoda. Co prawda nie jestem kwiatkowo-insekci, ale kto wie? Z ptakami coraz gorzej, więc może czas się przebranżowić:))

  4. a czy Ty nie masz już przypadkiem wystarczającego materiału na wydanie atlasu gatunków tego ogrodu, hę? 🙂

  5. Roślina przy cieszyniance to zdecydowanie kokorycz, co więcej, jest to kokorycz pełna. 🙂 A pierwsza roślina skojarzyła mi się ze skrzydłokwiatem i stąd sądzę, że jest to coś z rodziny obrazkowatych. Wygląda super.
    Trzyszcza nieustająco zazdroszczę, nigdy go nawet z daleka nie widziałam. Aha, i już wiem, dlaczego na polowania chodzę zawsze sama. 😉

  6. Cieszą takie wędrówki, piękne udokumentowane 🙂 I lubię takie posty, dwie dla mnie nowości o których poczytałem sobie głębiej czyli cieszynianka i trzyszcze. Lubię dowiedzieć się czegoś nowego.
    Co do zdjeć słońca to idealnie się zgraliśmy, też mam z tego dnia, przepiękne były grupy plam. I chyba nawet rejestrowano tego dnia rozbłyski 🙂

 Leave a Reply

(required)

(required)