Kwi 232016
 
20160423-head Większość z nas lubi jesień z powodu pięknych kolorów liści. Czerwieni, żółci, brązów. Drzewa płoną barwami, jest malowniczo i romantycznie. Szczególnie klony wyglądają wtedy przepięknie. Niestety, po pewnym czasie spektakl kończy się, a liście spadają na ziemię. I coś trzeba z nimi zrobić.

Istnieją dwie szkoły dendrologii stosowanej – jesienna i wiosenna. Jesienna polega na zgrabieniu opadłych liści przed listopadowymi deszczami, kiedy jeszcze są w miarę suche i łatwe do oderwania od podłoża. Szkoła wiosenna jest dla leniuchów, którym nie chciało się grabić jesienią. Albo nie mogli – tak jak my w zeszłym roku. Jadąc na działkę miałem silne postanowienie zwalczenia opadłych liści i rozpoczęcia tej lepszej części sezonu wypoczynkowego. Teoretycznie sprawa jest bardzo prosta. Należy zgrabiona masę liści m przesunąć z punktu A do punktu B w czasie t. Praktyka okazuje się trudniejsza. Zacząłem rano napędzany entuzjazmem i obietnicą niesienia pomocy, złożoną przez mojego syna. Podzieliłem działkę na prostokąty i zacząłem pracę. Na szczęście było chłodno, dało się więc komfortowo grabić. Obiecana pomoc nadchodziła sporadycznie, liści prawie nie ubywało, w dodatku wplątywały się w trawę i wcale nie chciały współpracować. Działka i prace na niej mają na mnie kojący wpływ, nie irytowałem się tylko systematycznie robiłem swoje. Świecące Słońce i śpiew kukułki (Cuculus canorus) były dodatkowym atutem, że tak sparafrazuję ogłoszenia o pracy. Po pewnym czasie zaczęło mi ubywać energii, jednak postępy były na tyle widoczne, że postanowiłem całą akcję zakończyć jeszcze przed obiadem. O dziwo – udało mi się. Kiedy wyszedłem z transu i obejrzałem rozmiary kupy liści, którą przerzuciłem, poczułem wielką satysfakcję.

 20160423-2  20160423-1

Po uporaniu się z zeszłorocznym chlorofilem, nadszedł czas na ogień. Z Michałem zabraliśmy się za rozpalanie ogniska. Nie było to specjalnie trudne – na całej działce poniewierały się gałęzie różnej wielkości nagromadzone w czasie całej zimy. Szybko pozbieraliśmy solidną kupkę i już po chwili pierwsze w tym sezonie ognisko płonęło wesoło. Obok ustawiliśmy grill i zabraliśmy się za robienie obiadu. Grillowanie stało się od kilku lat narodowym sportem i obowiązkiem Polaków, nic więc dziwnego, że i producenci postanowili wykorzystać ten trend. Kupiliśmy różne rodzaje kiełbas na grill, przyprawy do grilla, specjalne, czosnkowe masło do grilla oraz chleb… nie, chleb był zwyczajny, jeszcze nie miał nalepki „do grilla”. Sam proces grillowanie jest całkiem przyjemny, pod warunkiem, że nie stoi się na betonowym parkingu za supermarketem. Nas otaczały piękne drzewa, opodal płynęła leniwie Grabia, ptaki śpiewały. Potrawy znikały jedna po drugiej, wysiłek i świeże powietrze zaostrzały apetyt. Kilka chwil później ognisko dogasało, na grillu dopiekały się smętne resztki, a żołądki domagały się litości.

20160423-4 20160423-3

Przyszła pora na ostatnią część programu – wodę. Zmęczeni i rozleniwieni obiadem wybraliśmy się na małą wycieczkę nad rzekę. Wycieczka nie jest tu może odpowiednim słowem – był to raczej krótki spacer. Grabia na wiosnę, kiedy jeszcze nie zdążą wyrosnąć bujnie rośliny poszycia, widoczna jest z tarasu domu. Nie ma wtedy nic przyjemniejszego niż poranne śniadanie na tarasie, kiedy natura dopiero budzi się do życia, ptaki i owady są jeszcze ospałe po nocnym odpoczynku i podlatują na wyciągnięcie ręki. Można wtedy usiąść przy herbacie i obserwować jak sto metrów dalej promienie słońca rzucają refleksy odbite od fal płynącej rzeki. Stara wierzba kołysze się, pełna śpiewających ptaków. Na drzewach w pobliżu harcują wiewiórki, czasem odezwie się kowalik, rozejrzy się i skoczy, by szybko zbiec po pniu. Pierwsze motyle, jeszcze powolne i leniwe, przysiądą na kwiatach przy tarasie. Rozmarzyłem się, ale mam nadzieję, że już za kilka tygodni taki obraz stanie się rzeczywistością. Wracając do samego spaceru – przeszliśmy ostrożnie na brzeg rzeki, ciągle jest mokro i błotniście, pozachwycaliśmy się widokami i powlekliśmy z powrotem, Zeszłoroczny chlorofil odzywał się w mięśniach, robiło się zimniej i coraz bardziej szaro. Nadeszła pora powrotu.

20160423-6 20160423-5

 Leave a Reply

(required)

(required)