Cze 252019
 
Kiedy się cieszyć, jeśli nie teraz? Jest prawdziwe Lato, Słońce wschodzi nieco po czwartej rano, a zachodzi po dziewiątej wieczorem. Dzień trwa zdecydowaną większość doby. Jest ciepło. Jest jasno. Dominujące kolory to błękit i zieleń. Wszędzie roją się owady, a powietrze pachnie tak, jak może pachnieć tylko w czerwcu.

Chodzę po Ogrodzie asfaltowymi alejkami. Jest południe i jest prawdziwy upał. Afrykański, przekraczający trzydzieści stopni w cieniu. Na odkrytym terenie żar jest jak palnik, albo jakiś laser z filmu S-F. Wokół szeleszczą suche rośliny, latają nieliczne owady i ptaki. Niebo jest jak prześwietlony, blado-błękitny film, nie da się na nie patrzeć bez zmrużenia oczu. Pot ścieka mi spod kapelusza i kapie na kark. Powietrze pachnie suchymi trawami, w których koncert dają jakieś prostoskrzydłe. Ludzi nie ma. Chodzę po asfalcie i przy każdym kroku moje tenisówki zapadają się centymetr albo i więcej. To już nie materiał stały, przekroczył swój punkt topnienia i stał się półpłynny. Dla mnie to znak, że jest ten prawdziwy upał. I prawdziwe Lato. Lubię to! Roztopiony asfalt przywołuje strzępy letnich wspomnień z poprzednich lat, obrazy przelatują mi w mózgu, rzutowane na błękitnym niebie. Najwyższy czas postać trochę w cieniu. I napić się wody. Nawet największa tolerancja na wysoką temperaturę ma swoją granicę. Zostawiam mojego asfaltowego, płynnego przyjaciela i zanurzam się w aleję lipową. Kontrast jest ogromny i natychmiast odczuwalny. Jest chłodno, pod lipami zawsze wieje łagodny wietrzyk. Oczy przyzwyczajają się do stonowanego światła. Można stąd patrzeć na staw i latające nad nim ważki, albo na część ziołową Ogrodu. Albo po prostu spacerować chłodząc się przed kolejnym wyjściem na fotograficzne polowanie na odkrytym terenie. Na razie jednak zostaje wśród zapachu kwitnących lip i łagodnego szumu tysięcy pszczół zapylających ich kwiaty. Patrzę na kolorowe rabaty, na pola lawendy wypełnione brzęczącymi trzmielami, na poletka ziół, na których czeka na mnie kolejnych sto owadzich odkryć. Patrzę na stawy, w których życie aż buzuje prześwietlone promieniami Słońca, na zielone trzciny pełne ważek. Patrzę na wyschnięte łąki nad którymi połyskują ruchome plamy modraszków. To wszystko jest na wyciągnięcie ręki – tu i teraz. Jest upał. Jest Lato. Kiedy się cieszyć, jeśli nie teraz?

Po tym długim i gorącym wstępie, przechodzimy do sedna i zaczynamy tym razem od krótkiej wizyty na balkonie. Który przypomina już prawdziwą dżunglę. Z każdego skrawka ziemi wyłażą, a właściwie strzelają w górę jakieś rośliny. Jakie? Nie mam pojęcia. Ważne, że są zielone, zdrowe, kwitnące i przywabiają do siebie owady. Słoneczniki są już wyższe ode mnie, na parapecie kwitną lny i powojniki, a za moment rozkwitną liliowce. Z góry zwieszają się pierwsze, jeszcze zielone, miniaturowe pomidorki. A w centrum tego zielonego chaosu stoją dwa domki dla owadów, które są w większości zasiedlone. Rurki wypełnia różnokolorowa glina, czasem z akcentem czarnym, czasem brązowym, a czasem zielonym – w zależności od upodobać właściciela. Na samych domkach kłębią się właściciele apartamentów. Murarki już zniknęły, ale zamiast nich są osy, mniejsze błonkówki kilku gatunków, muchówki-pasożyty, bzygi odwiedzające pobliskie rośliny, chrząszcze, pająki. Najpiękniejszymi gośćmi są jednak złotolitki. Nazwa nie w pełni oddaje piękno tych niewielkich błonkówek. To prawda – w promieniach słonecznych błyszczą metalicznie, zupełnie jak złoto – ale po dokładniejszych oględzinach prezentują całą gamę kolorów. Złotolitek mamy w naszym kraju prawie 80 gatunków. W większości są to owady niewielkich rozmiarów, bardzo ruchliwe i bajecznie kolorowe. Przy okazji bardzo trudne do identyfikacji, która jest możliwa z wykorzystaniem bardzo niewielkich detali budowy ciała. Stąd często nie ma możliwości dokładnego określenia gatunku za pomocą samych zdjęć. Na szczęście “moje” złotolitki cierpliwie czekały na okazję przy domku, dzięki czemu miałem okazję zrobić im długie sesje zdjęciowe. Panie i panowie – przedstawiam nowego gościa na moim balkonie – złotolitka lśniącobrzucha (Chrysis fulgida).

Ostatnio pisałem o kleptopasożytniczych muchówkach – złotolitki mają identyczne zwyczaje. Samica wyszukuje gniazda samotnych błonkówek, przy czym do wyboru ma zarówno osy, jak i pszczoły czy grzebacze. Przy znalezionym gnieździe cierpliwie czeka, bada teren, upewnia się, czy miejsce jest odpowiednie. Kiedy jest już zdecydowana, błyskawicznie włamuje się do niego, składa swoje jajo i ucieka. Oczywiście jest to bardzo ryzykowna i niebezpieczna operacja. Właściciele gniazd są wyposażeni w żądła i nie czekają spokojnie, tylko atakują intruza. Wielokrotnie widziałem takie szamotaniny, z których złotolitki wychodziły przeważnie obronną ręką. Po krótkiej bójce owad przeważnie udaje martwego (a może jest oszołomiony?), ale po krótkiej chwili odlatuje i szuka kolejnej okazji. Złotolitki są jak małe czołgi – polegają głównie na pancerzu, który jest gruby, odpowiednio wyprofilowany i zaopatrzony w wewnętrzne, wzmacniające struktury. Podczas ataku innej błonkówki nasza bohaterka podkurcza kończyny i stara się jak najbardziej przywrzeć do podłoża. Napastnik atakuje swoim żądłem ale ześlizguje się ono po wypukłościach pancerza i nie jest w stanie przebić ciała. Oczywiście, wyniki takiej konfrontacji mogą być różne, często dochodzi do urwania różnych, wystających części ciała złotolitki, co widać nawet na niektórych, poniższych zdjęciach. Jedno jest pewne – po udanej akcji złożenia jaja, larwy gospodarza nie mają już żadnej przyszłości. Poza byciem zjedzonym, wraz ze zgromadzonymi przez gospodarza zapasami, przez rozwijającą się larwę napastnika. Na tym przykładzie można ponownie zauważyć, jak wspaniałym, samoregulującym mechanizmem posługuje się przyroda. Złotolitek widuję setki, a każda z nich oznacza zjedzoną larwę niedoszłej błonkówki. Mimo to równowaga nie zostaje zaburzona i każdego roku pojawiają się kolejne błonkówki mogące być gospodarzami dla naszego kolorowego kleptopasożyta.

Pozostajemy w kręgu barwnych błonkówek, ale przenosimy się do Łódzkiego Ogrodu Botanicznego. Tu na obszarze piaszczystych alejek gniazduje bardzo wiele gatunków błonkówek. Spacerując alejkami na każdym kroku widać wykopane norki o różnych kształtach i rozmiarach. Wokół nich kręcą się pracowicie gospodarze, kopiąc, znosząc sparaliżowane ofiary albo walcząc z napastnikami. Wśród których nie brakuje oczywiście złotolitek. Łatwo je dostrzec w promieniach południowego słońca, ponieważ rzucają co chwila metaliczne refleksy. Niestety, znajdują się w ciągłym ruchu. O ile moi balkonowi goście mieli wszystkie gniazda w jednym miejscu i pozostawało tylko czekać na okazję, o tyle ich ogrodowi kuzyni mogą liczyć tylko na szczęście i wytrwale penetrować gniazda na dużym obszarze. Stąd typowe zachowanie polega na okrążeniu wykopanej norki, wylądowaniu przy otworze, pobieganiu chwilę przy nim, poczekaniu, próbie wejścia do środka, ewentualnej bijatyce, a potem przeleceniu do następnego, pobliskiego gniazda. I tak w kółko, bez chwili wytchnienia. Nie muszę dodawać, że cała akcja ma miejsce na poziomie ziemi, na alejce, wśród co chwilę przechodzących ludzi, którzy depczą wszystko równo i sprawiedliwie. Zrobienie zdjęć w takich warunkach jest… trudne. Doskonale widać to zresztą po ich jakości. Poniżej prezentuję dwa złapane w przelocie gatunki. Pierwszy z nich to przepiękna powabnica (Hedychrum sp.). Może należeć do gatunków H.nobile lub H.niemelai – dokładnie nie da się tego ustalić. Co więcej, zielony osobnik może być samcem jednego z powyższych gatunków. Dla ciekawych – dwa wymienione gatunki rozróżnia się po gęstości punktowania na trzecim tergicie, wielkości ząbka na trzecim sternicie, ząbkach na bokach trzeciego tergitu oraz rodzaju dołków na środkowych goleniach (dane z Insektarium). Jak widać, żeby dokonać prawidłowej identyfikacji, trzeba mieć zdjęcia jak spod mikroskopu. Albo okaz. I oczywiście musi to robić fachowiec. Sam nie odważyłbym się zgadywać przynależności tych owadów co do gatunku. Moje złotolitki oznaczył Jacek Wendzonka, za co serdecznie Mu dziękuję! Powabnica jest typowym pospoliciakiem, wszędzie tam, gdzie jest trochę piasku i gniazd grzebaczy, jest i ona. Rzadszym gatunkiem, przynajmniej w naszym rejonie, jest powabniczka złotogłówka (Hedychridium coriaceum). Ten drobny i bardzo ruchliwy owad dorasta do maksymalnie 5 mm, dzięki czemu jest bardzo trudny do zauważenia i jeszcze trudniejszy do sfotografowania. Mnie udało się tego dokonać całkiem przypadkowo – obserwowałem kępę kwiatów, fotografując każdą złotolitkę, która na niej usiadła. Podejrzewam, że powabniczka na piasku była by nie do wypatrzenia.

Hedychridium coriaceum Hedychrum sp. samiec Hedychrum sp. samica

Wracając z Ogrodu na balkon – tu wszystko może się zdarzyć. Któregoś z ostatnich dni siedziałem na nim robiąc zdjęcia owadów przylatujących do domku. Na aparacie założony konwerter, ISO400, macro, skupienie i przyczajenie. I nagle doleciał do mnie huk startującego z pobliskiego lotniska samolotu. Ale nie huk zwyczajny, pasażerski i naturalny. Całkiem inny – głośniejszy i bardziej agresywny. Zupełnie jakby z naszego lotniska startował… myśliwiec? Ledwie zdążyłem o tym pomyśleć, a już go widziałem – wchodzącego na krąg z typowo myśliwskim przyspieszeniem i zwrotnością. Nie zdążyłem niczego przestawić, pstryknąłem jedynie kilka prawdziwie turystycznych fotek. I oto jest – F-16 z podwieszonym pod skrzydłami uzbrojeniem. Zaskoczenie? Jeszcze jakie. Skoro już o samolotach mowa… nie będę ukrywał, że o tej porze roku nie mają szans z przyrodą. Nie ma sensu siedzieć w domu i gapić się na radar. Słońce przez większość dnia jest zbyt wysoko i zdjęcia nie wychodzą. A zresztą – kto by patrzył teraz w niebo, skoro na ziemi tyle się dzieje? Mimo to udaje mi się czasem złapać jakąś ciekawą maszynę. Poniżej kilka z nich. W zestawieniu znalazły się rządówki – czeska i rosyjska, ładny Dreamliner izraelskiego przewoźnika, kolejny Antonow oraz A380 Emiratów, który bardzo rzadko przelatuje nad Łodzią.

Po gorącym dniu wieczór jest wytchnieniem. Ziemia zaczyna oddychać, niebo ciemnieje, wieje wieczorny wiatr, pojawiają się nocne, intensywne zapachy. Mam szczęście mieszkać na samym skraju miasta, moje osiedle otoczone jest zielenią, łąkami i drzewami, a z okien widok rozciąga się aż po horyzont. W ciepłe, letnie noce można usiąść na balkonie i patrzeć w niebo. O tej porze roku króluje na nim Jowisz, wiszący nisko nad południowym horyzontem. Wystarczy niewielka lornetka i można obserwować tego gazowego giganta wraz z jego czterema największymi satelitami. To prawie kieszonkowy układ planetarny. Księżyce krążą wokół macierzystej planety, każdego dnia tworząc na niebie inny układ. Z kolei północno-zachodni horyzont oferuje inne atrakcje. Niestety, zasłania mi go pobliski blok, ale mimo to często widać na niebie prawdziwą orgię barw, które najpierw jaskrawe, stopniowo ciemnieją wraz z zapadającym mrokiem. Ten tydzień przyniósł nowe, typowo letnie zjawisko – obłoki srebrzyste (NLC – noctilucent clouds). To najwyższe obserwowalne chmury znajdujące się 75-85 kilometrów nad powierzchnią ziemi. Pojawiają się już po zachodzie Słońca, kiedy nasza gwiazda znajduje się od 6 do 16 stopni poniżej linii horyzontu i podświetla je już spod niego. Zjawisko wygląda nieziemsko, chmury są rozciągnięte i poszarpane, mieniąc się intensywnie srebrzystym światłem na tle ciemnego nieboskłonu. A przy tym są prawdziwymi zwiastunami najlepszych, letnich dni – najczęściej można je obserwować w okolicy letniego przesilenia. Bardzo się cieszę, że mogłem je zobaczyć w tym roku. Bo kiedy się cieszyć, jeśli nie teraz?

  6 komentarzy to “Melting point”

  1. UH! Nienawidzę upałów!!! Poza tym wszystko wysycha, sucha trawa i martwe zwierzęta pad le z braku wody. Ja dogorywam w pracy… I to jest inny punkt widzenia obecnej, chorej aury. Ach! No i opresyjnie długi dzień i wiecznie napitalające słońce…. Byle do sierpnia, a najlepiej września!

    Poza tym świetny wpis 🙂

    • Bo Ty miękki jesteś 🙂 Wrzesień może być, ale zaraz po wrześniu znowu będzie ciągle ciemno i zimno, a owady tylko w internecie.

  2. Nie wiem jak można lubić upał. Upał jest be. 😉
    Złotolitki prześliczne! I do tego fantastyczne zdjęcia im zrobiłeś, rewelacja.

    • Lepiej lubić upał niż mróz 🙂 Złotolitki były wyjątkowo cierpliwe i miałem szansę kręcić się wokół nich przez dłuższy czas. Niesamowite są te ich barwy zmieniające się w zależności od oświetlenia. Chętnie bym pofocił kolejne gatunki.

  3. Upały traktuję jako mniejsze zło wobec takiej aury, jakiej pokaz dał nam tegoroczny maj (u Was był chyba nieco lepszy, ale i tak całościowo wypadł kiepsko w skali kraju). Osobiście wolałbym temperaturę utrzymującą się w widełkach 25-30 za dnia (mniej więcej od 9 do 21), zaś noce w okolicy 20 stopni C. Niższa temperatura (przedział 15-20) też jest ok podczas przejściowych (1, 2 dniowych) ochłodzeń.
    Czynnikiem degradującym wszelkie oceny aury w tym roku jest za to wiejący nieprzerwanie od marca silny i porywisty wiatr oraz nieregularność opadów.

    Grześkowi zazdroszczę obfitości złotolitek, które fotografuję z rzadka, a które to owady bardzo lubię, jako uzupełnienie fauny suchych i nasłonecznionych poboczy, skrajów lasu, które nadal tętnią życiem.
    Niestety, mania koszenia robi swoje i z roku na rok pięknych, kwietnych polan, obrzeży dróg itp. biotopów jest coraz mniej.

    Tymczasem.

    • Co do pogody – zgadzam się. Nie musi być od razu 35C, niższe temperatury też są w porządku, szczególnie wieczorami. Maj był okropny i już się bałem, że lato też takie będzie. Ale jak widać od skrajności w skrajność… A wiatr wyjątkowo mnie w tym roku denerwuje – ciągle buja roślinami i nie można nic porządnie sfotografować. Co do złotolitek – w moich okolicach jest wiele miejsc, gdzie gniazdują różne błonkówki, to i złotolitki mają szansę się rozmnożyć. W tym sezonie po raz pierwszy mam je regularnie na balkonie, widziałem jak wchodziły do rurek, więc pewnie za rok będę już miał rdzennie balkonowe pokolenie.

Sorry, the comment form is closed at this time.