Sty 142018
 
Syn mój Michał, obecnie miłośnik przyrody, przygotowuje się do ogólnopolskiej olimpiady biologicznej dla klas czwartych. Siłą rzeczy, ja również się do niej przygotowuję razem z nim. Siedzimy sobie, rozmawiamy, a jednocześnie przerabiamy kolejne pytanie. Dzisiaj padło na szkielet.

– Michał, jakie organizmy mają szkielet?
– No, człowiek ma. I lew, i ptaki, i węże.
– A owady mają?
– Nie, nie mają szkieletu.
– A właśnie, że mają, tylko zewnętrzny – na przykład mucha…
– Ale muchę można łatwo zgnieść – to nie ma szkieletu.
– Ale jakby mucha była wielkości psa, to już wcale byś jej tak łatwo nie zgniótł – byłaby jak czołg.
– Ale……

I tak sobie toczymy ożywiony dialog w nieskończoność, a przynajmniej do obiadu. Zeszliśmy na szkielet człowieka, zgodziliśmy się, że służy jako stelaż dla całego ciała, stanowi zaczep dla mięśni, chroni narządy, bierze udział w wytwarzaniu komórek krwi… Niby wszystko w porządku, ale to jeszcze nie koniec. Podczas naszej rozmowy przypomniała mi się historia tłumacząca, do czego NAPRAWDĘ służy szkielet.

Cofamy się do połowy lat osiemdziesiątych, późna podstawówka, szósta, może nawet siódma klasa. Wraz z moim najlepszym kumplem Arkiem (pseudonim Pozioma), jesteśmy na lekcji biologii. Nie siedzimy jednak w klasie, ale na zapleczu, pełnym ciekawych przyrządów i eksponatów. W tamtych czasach byliśmy obaj pupilkami naszej Pani od bioli. Ponieważ była to nasz życiowa pasja, materiał mieliśmy dawno opanowany, do tego wygrywaliśmy różne olimpiady biologiczne i o przyrodzie mogliśmy gadać bez przerwy. Z tego powodu, w ramach nagrody, mogliśmy czasem zamiast brać udział w lekcji, siedzieć na zapleczu i porządkować preparaty mikroskopowe, oglądać je sobie, czyścić mikroskopy, etc. Dla nas to autentycznie była wspaniała zabawa i prawdziwa nagroda – w tamtych czasach posiadanie mikroskopu było jednym z moich największych marzeń. Lekcja się toczy, my sobie oglądamy, ale po pewnym czasie trochę nam się to już nudzi, a poza tym przydałaby się jakaś akcja. W kącie stoi wyprostowany szkielet ludzki, ruchomy, a w dodatku mobilny, bo na platformie na kółkach. Cóż, wygląda zachęcająco. Drzwi od zaplecza są z prawej strony tablicy, klasa siedzi więc twarzą do nas, a nasza Pani – przeciwnie. Bierzemy kościotrupa, podjeżdżamy do framugi i najpierw z pewną taką nieśmiałością zaczynamy machać jego kościstą ręką na skraju drzwi. Od razu przynosi to efekt – rozlegają się pojedyncze śmiechy, jeden stuka drugiego, pokazując głową na drzwi. Mamy już publiczność. Zaczynamy coraz śmielszy pokaz, więcej nogi, więcej ręki, przejazd na platformie ze szkieletem na zapleczu przed drzwiami. Klasa rży, Pani zaczyna się denerwować, sypią się pierwsze uwagi. Jednak nikomu nie przychodzi do głowy, żeby nas wsypać – to nie miejsce, ani czasy na współczesnych, nędznych corpokapusiów. W końcu zniecierpliwiona Pani sięga po argument ostateczny – jej broń masowego rażenia, czyli Trzy Szybkie. Tamten okres historii szkoły, był pięknym czasem dla pedagogów. Jeżeli uczeń zachowywał się źle i nic do niego nie docierało, nauczyciel mógł na niego nawrzeszczeć, wysłać do kąta, a nawet – o zgrozo! – zwyczajnie wytargać za ucho, albo sprać linijką po tyłku. Przedstawicieli współczesnego, delikatnego edukacyjnie pokolenia, ostrzegam, że zaraz nastąpią sceny drastyczne. Trzy Szybkie – to była właśnie odpowiedź naszej Pani na głupotę i rozwydrzenie młodzieży. Brała wtedy wielką, chyba z półmetrową, ciężką, drewnianą linijkę i zapraszała niesfornego delikwenta na środek klasy. Nagle spokojny zawodnik wyciągał przed siebie prosto dowolnie wybraną rękę wnętrzem dłoni do góry. Następowały trzy błyskawiczne uderzenia, tak szybkie, że sam mrożący krew w żyłach dźwięk dochodził do nas po chwili. Biorca Trzech Szybkich czerwieniał na twarzy, oczy mu się szkliły, ale dzielnie wlókł się na swoje miejsce, gdzie do końca lekcji przebywał w swego rodzaju wewnętrznej emigracji, cichej i spokojnej. Ani ja, ani Pozioma nie doznaliśmy nigdy zbawiennego wpływu tego rodzaju kary, było to po prostu nieprawdopodobne. Obserwowaliśmy kolejne egzekucje z zaplecza, dobrze się bawiliśmy i dalej jeździliśmy kościotrupem, wykonując coraz bardziej brawurowe akcje. W końcu przebrała się miarka. Całkiem niespodziewanie Pani wpadła do naszej samotni. Pozioma akurat bulgotał ze śmiechu, nie mogąc się uspokoić. Ja natomiast miałem bardzo przydatną umiejętność – potrafiłem w ciągu setnej sekundy przejść od pełnego rozbawienia do grobowej miny pod nazwą “Ronald Reagan celuje w nas pociskami Trident… na świecie panuje głód, wojna i niesprawiedliwość… a ja właśnie o tym teraz myślę i jest mi potwornie smutno…”. Mina ta wielokrotnie ratowała mi skórę w czasie szkolnych starć z ciałem pedagogicznym. Nie tym razem jednak. Pani nie dała się nabrać i mimo całej sympatii do nas, musiała wykonać wyrok. Dzielnie stanęliśmy przed klasą, rozległo się sześć donośnych plaśnięć, ręka zapiekła mnie tak, jakbym przyłożył ją do rozgrzanego pieca. Z Poziomą udaliśmy się na zaplecze, gdzie już do końca lekcji zajmowaliśmy się swoimi sprawami. W ciszy i spokoju. Był to jeden, jedyny raz, kiedy otrzymaliśmy Trzy Szybkie. Ale wiecie co? Było warto.

Tu następuje koniec historii, a zarazem pojawia się odpowiedź na pytanie zadane w tytule. Szkielet służy także do otrzymania Trzech Szybkich.

 

  13 komentarzy to “Do czego służy szkielet?”

  1. Uhahaha! Dobre wspomnienia! W końcu doczekałem się tego wpisu! Oj działo się działo… Cały dzień w szkole czekaliśmy co jeszcze śmiesznego się stanie. A teraz robota, dom, robota, dom… I mało czasu na śmiech i hooby. Ale spoko, jakoś dajmy chyba radę?

    • I jeszcze – robota, dom, robota, dom….. No i lekcje – dzisiaj rysowaliśmy komiks o wizycie Ottona III w Gnieźnie. Ale nie jestem pewien, czy pani doceni moje poczucie humoru 🙂 Ale spoko – we mnie duch jeszcze nie zaginął 🙂

  2. Szkolna przypowieść z klimatem i odświeżająca. I tylko pewna konkluzja mnie niepokoi – nie mogę jej zostawić bez reakcji. Dlaczego oceniasz otrzymaną karę tzw. trzech szybkich za przydatną? Przyznam, że akurat po Tobie nie spodziewałem się tego typu konserwatywnych wniosków…

    • Na mnie ta kara podziala w sposob bardzo dobry 🙂 Przede wszystkim bylo mi potwornie wstyd, bo mialem pewna ‘renome’ na lekcjach biologii, a tu nie dosc, ze ja podwazylem, to jeszcze przed nasza Pania wyszedlem na glupka. Nie jestem zwolennikiem bicia dzieci. Natomiast zal mi wspolczesnych nauczycieli, ktorzy nie maja absolutnie zadnego srodka, zeby zapanowac nad rozwydrzona mlodzieza. A ta czuje sie dzieki temu tym bardziej bezkarna. Dzieki czemu kolko sie zamyka i nastepuje ciagla eskalacja. Oczywiscie wine ponosza tu rowniez rodzice i model calkowicie bezstresowego wychowania bez zadnych zasad i autorytetow. Wiem dobrze, o czym mowie, bo jezdze do pracy tramwajem z duzymi grupami mlodziezy szkolnej i licealnej. To jak sie zachowuja, co mowia i w jaki sposob traktuja starsze osoby byloby tematem na dlugi wpis. Reasumujac – wziecie takiego zdeprawowanego prowodyra na srodek klasy i narobienie mu wstydu trzema szybkimi mialo dawniej zbawienny wplyw na niego samego i reszte stada. I pewnie teraz przyniosloby taki sam skutek.

  3. Opowieść godna Niziurskiego :))) To ciekawe, ale miałem podobne doświadczenia. Jako etatowy olimpijczyk z biologii (bez spektakularnych sukcesów niestety, choć na poziomie województwa coś tam wygywałem) od szóstej miałem coś na kształt indywidualnego toku nauczania, głównie z powodu dojeżdżania do szkoły z zadupia. Nasza Kochana Pani nie stosowała trzech szybkich, ale jeden z wykorzystaniem wskaźnika cienkiego, jak włos. Dostałem tylko raz, ale ból pamiętam do dziś. Powodem było wetknięcie długopisu koleżanki w odbyt wypchanego łabędzia, co było wyrazem mojej niespełnionej miłości, a czego obie z jakiegoś powodu nie zrozumiały :))))

    • No, teraz poczulem sie troche nieswojo, ale zrozumialem w pelni Twoja milosc do wszelkiego ptactwa 🙂 Fantastyczna historia, zupelnie nie rozumiem, dlaczego kolezanka i nauczycielka nie pojely wlasciwie Twojego gestu :-))) Mam wielka nadzieje, ze w ktoryms z nastepnych wpisow podrzucisz wiecej takich szkolnych migawek.

  4. Dziwi mnie brak krytycznego, naukowego podejscia z Twojej strony. Nie ma żadnych badań potwierdzajacych negatywny wpływ tzw. bezstresowego wychowywania dzieci. To raczej obiegowa opinia aspirująca już do miana mądrosci ludowej. A madrościi ludowe maja to do siebie, że nie warto im ufać zanadto.
    Z drugiej strony wpływ rodziców na to, jakie stanie się ich dziecko, jeat przeceniany. Wiekszą role odgrywa wpływ otoczenia – ale nie rodziny, oraz czynniki genetyczne. Każde pokolenie wykazuje tendencje do demonizowania pokoleń je zastępujących. Ktoś rzucił haslo o złowieszczym znaczeniu wychowywania pozbawionego przemocy i, jak można się bylo spodziewać, trafilo ono na podatny grunt. Tak łatwo i prosto tłumaczy nasze obserwacje i wrażenia. Tymczawem to zludzenie. Zawsze rodzice dzielili się na surowych i łagodnych, na bezwzględnych i wyrozumialych. Jesli dziś dzieciaki są inne, to nie z powodu jakichs wyjątkowo liberalnych modeli wychowawczych, ale dzieki wztastajacej świadomosci spolecznej – świadomosxi ich opiekunow i nich samych, że mają prawo do godności i własnego zdania bez wzgledu na wiek. A świadomosc ta rośnie wykladniczo wraz z rozwojem form komunikacji, w tym internetu. Potwierdza się więc teza o istotnym wplywie otoczenia. Naprawde sadzisz, że kary fizyczne, a co za tym idzie i psychiczne, bo nie da sie rozdzielić tych dwóch aspektow, mają przewage nad siłą argumentu?
    Moizm zdaniem, pani od biologii powinna się raczej pośmiać wraz z uczniami, a potem zasygnalizować jednoznacznie, że to ma się nie powtórzyć. Zamiast machać linijką. Było ci wstyd? Szkoda, to jej powinno.
    Przepraszam, że akcentuję ten temat tak mocno, ale to dla mnie ważne jestem mocno rozczarowany poglądami osoby, którą przecież poważam i lubię. Właściwie, to właśnie dlatego tak mnie to rusza.

    • Przepraszam za literówki w poprzedniej wypowiedzi, mie jestem przyzwyczajony do korzystania z urządzeń mobilnych.

    • We wszystkim trzeba znac umiar. Do konserwatysty mi baaardzo daleko 🙂 Jak juz pisalem wczesniej, nie jestem absolutnie zwolennikiem bicia dzieci. Mnie Rodzice nigdy nie bili, ani ja nie bije mojego syna – do glowy by mi to nie przyszlo. Historyjka byla z przymrozeniem oka – takie wtedy byly czasy, ze nauczyciel mogl trzepnac ucznia linijka i nikogo to wtedy nie dziwilo, ani nie oburzalo. Tak samo jak z paleniem papierosow – wtedy palili prawie wszyscy i tez nikogo to nie dziwilo. Co do naukowego podejscia – szczerze mowiac, nie zastanawialem sie nad tym nigdy. Ja wiem, jak chce wychowac wlasne dziecko – jak najlepiej dla niego, natomiast wychowanie innych dzieci zostawiam innym rodzicom – nie jest to moja sprawa.

  5. Mój syn idzie dziś na bal karnawałowy przebrany za kościotrupa. Znaleźliśmy mu dmuchaną lalkę – też kościotrupa, którego nazwał Jadwiga 🙂

  6. Wiesz, a ja w jakiś niewytłumaczalny sposób rozgrzeszam tamte czasy, co nie zmienia faktu, że gdybym dziś się dowiedział, że nauczyciel uderzył mojego wnuka, to naprawdę nie wiem, czy osobiście bym nie oddał :)))
    Myślę, że świat oglądany własnymi oczami nie jest ani tak straszny ani brutalny jak oglądany z boku. To dlatego krzywda wyrządzona naszym najbliższym wydaje się większa niż sami byśmy to odczuli. Fajny wpis dający do myślenia. Zło panujące powszechnie akceptujemy chętniej. Zbiorowa znieczulica. Trzeba przyznać, że nasi rodzice w tamtych czasach też mieli inne podejście. To wtedy bezmyślnie powtarzano, że dzieci i ryby głosu nie mają … Dziś również zgadzamy się na wiele rzeczy tylko dlatego, że większość to akceptuje. Ot choćby wspomniane na moim blogu sylwestrowe petardy. Przecież to jest tak głupie, że nie ma słów obrony … a jednak funkcjonuje 🙂

  7. Zabawna historia i ładne zdjęcia 🙂

 Leave a Reply

(required)

(required)